Kiedy zaproponowaliśmy Eryce wyjazd w góry Kamczatki, ona odparła z energią – „Super, jedziemy !”, dodając za chwilę – „A swoją drogą, gdzie to jest ?”.

To prawdopodobnie naturalne pytanie, kiedy słyszymy tą obcą nam nazwę po raz pierwszy. Rzeczywiście, miejsce to jest odległe, dzikie i jak może się wydawać, niemożliwe do opisania, położone gdzieś na kompletnym odludziu… a właściwie to na kompletnym wschodnim odludziu.

Do Kamczatki zdecydowaliśmy się pojechać w kwietniu 2017 r., nie wiedzą  zbyt wiele na temat tego miejsca. Widzieliśmy jedynie kilka zdjęć i filmów o heli-skiing na dzikich wulkanicznych stokach półwyspu. Dosyć przystępne koszty tej raczej ekskluzywnej w europejskich Alpach atrakcji, a do tego brak infrastruktury drogowej poprzez niesamowity teren wulkaniczny sprawia, że jest to jedno z najlepszych miejsc na świecie na spróbowanie tej ekstremalnej przygody. Na rynku działa wiele firm, które organizują przygody heli w Pietropawłowsku, stolicy półwyspu Kamczatka, więc jeśli nie straszne jest ci szybkie podejście pod szczyt z widokiem na kilkadziesiąt ośnieżonych wulkanów i zjazd po surowych stokach – heli może być fajną opcją.

Na pewno jest fajną opcją, ale nie dla nas. Pojechaliśmy tam, aby mieć możliwość całkowitej eksploracji terenu na nartach, chcieliśmy zanurzyć się w tym ekstrawaganckim miejscu, doświadczyć tamtejszej natury, poznać lokalną społecznością i poczuć energię tego miejsca.

IMG_1584

Na pierwszy cel obraliśmy dolinę rzeki Paratunka, położoną stosunkowo blisko wulkanu Veluchinsky (2173 m) oraz wulkanu Mutnovkiy (2322 m). Jeszcze zanim założyliśmy narty, pierwszą dosyć poważną misją było wyjechanie z miasta transportem naziemnym. Jak Rosjanie mówią „nie mamy dróg, mamy wskazówki” i jest to coś, w co z łatwością można uwierzyć, opuszczając skromne asfaltowe drogi i kierując się w stronę gór. W tym okresie roku, kiedy z łatwością może spaść 60 cm świeżego puchu dziennie, nie ma wielu opcji aby przedostać się gdzieś, gdzie akurat chcielibyśmy się wybrać. O ile w ruch nie pójdą skutery śnieżne czy też ogromne ciężarówki, holujące narciarzy na linie.

Gdy już udało nam się taki niesamowity transport zorganizować, trasa 70 km od Pietropawłowska do naszego zakwaterowania w Karimchina zajęła nam 5 godzin. Dolina w której się zatrzymaliśmy słynie z gorących strumieni, zadymionych szczytów i fumaroli – czyli ekshalacji wulkanicznych, towarzyszących czynnym wulkanom. Szczególnie te ostatnie nadają temu miejscu niesamowite wrażenie.

IMG_1804

Wulkany w tej części półwyspu są stosunkowo niskie, ich wierzchołki wystają nieco ponad 2 tysiące metrów. Niemniej jednak wysokość ta w rzeczywistości oznacza pełne 2 tysiące metrów trasy narciarskiej, ponieważ punkt wyjścia leży na wysokości poziomu oceanu. Od nas wymaga to wczesnego rozpoczęcia podejścia. Przez pierwsze 3 godziny podjeżdżamy pod górę ciężarówką, natomiast kolejne 10 godzin już o własnych siłach podchodzimy na nartach. W wielu miejscach musimy przytroczyć narty do plecaka, ponieważ wulkan staje się stromszy w pobliżu szczytu. Trasy skitourowe wciąż nie są tutaj popularne, możesz być więc pewien, że Ty i Twoja załoga będziecie tu całkowicie sami, zaś w drodze na dół nagrodą za trudy wspinania będzie masa świeżego, sypkiego, białego puchu.

Przez pierwszy tydzień eksplorowaliśmy lokalne stoki oraz zdobyliśmy dwa duże wulkany, średnio pokonując dziennie 1300-1500 metrów podejścia. Skorzystaliśmy również z gościnności tamtejszych mieszkańców, którzy uraczyli nas smaczną kuchnią, gorącymi basenami oraz naturalnymi źródłami. Nadszedł czas, aby przenieść się do innej części półwyspu – naszej głównej misji tego wyjazdu – wulkanu Koryaksy (3456 m) i wulkanu Avachinskiy (2741 m).

Dzięki infrastrukturze zaopatrzonej w ratraki śnieżne, przedostaliśmy się do obozu zlokalizowanego pod pierwszym z wulkanów. Była to baza w tym pełnym tego słowa znaczeniu, ponieważ składała się z kilkudziesięciu izolowanych metalowych kontenerów, przewiezionych z miejscowego portu wiele lat temu… i oddzielnej przenośnej toalety. Warto wspomnieć, że wiatr na tym obszarze może być niesamowicie silny i niszczycielski. Kiedy zaczyna wiać z niesłychaną prędkością (w czasie naszego wyjazdu mieliśmy jeden taki sztormowy dzień), zabronione jest opuszczanie kontenera, a wyjście do położonej o 40m dalej toalety może być tzw. alpejską „mission impossible”. Podobno jakiś czas temu zdarzyły się wypadki, podczas których dwie osoby faktycznie zmarły w czasie misji toaletowej.

Niemniej jednak, na pewno warto odwiedzić to miejsce. Niezależnie od zdobytego wcześniej alpejskiego doświadczenia, należy zabrać ze sobą raki, ABC lawinowe oraz odpowiednią izolację. Podczas naszej wyprawy na dwutysięcznik Avachinsky, temperatura spadła do -25°C, nawet przy pewnej aktywności wulkanu na szczycie. Na szczycie tym rozpościera się ogromny krater o średnicy 200 metrów, który wydziela nieziemskie ilości gazu i minerałów, tworząc tym samym nierealny widok wraz z otaczającym, niemal księżycowym krajobrazem.

IMG_2061

Jako punkt kulminacyjny naszej podróży wybraliśmy misję na wulkan Koryakski. Wymagała ona pobudki o 3 nad ranem, a następnie 10 godzin podejścia na szczyt, liczący prawie 3000 pionowych metrów. Jak zawsze, droga w dół wynagradzała nas obficie za wcześniejszy wysiłek niesamowitym białym puchem, delikatnie „ugotowanym” przez klimat Pacyfiku, wulkaniczne aktywności i nieziemskie bezdroża.

Sezon narciarski zbliża się wielkimi krokami, warto więc rozpocząć przygotowania do wyjazdu, szczególnie te w zakresie logistyki, zakwaterowania i wynajęcia przewodnika, bowiem zajmują one najwięcej czasu. Upewnij się jedynie, że jesteś wystarczająco zmotywowany, gdyż najczęściej do wyjazdów na wschód zrażają problemy w komunikacji. Bądź gotowy również na to, że nie wszystko może się wydarzyć zgodnie z pierwotnym planem i nie zapomnij zmienić zdania, jeśli teraz myślisz, że widziałeś już najpiękniejsze miejsce na ziemi w swoim życiu.

Jesteś już wystarczająco zafascynowany? Lepiej zacznij się pakować 😉

Sasha Yakunin

Write A Comment