Facebook
YouTube
Instagram

Made in China

Spotykamy się na dworcu w Warszawie. Mimo zmęczenia nadmiarem obowiązków przed wyjazdem uśmiech nie znika mi z twarzy, bo przed nami kolejna przygoda. Po dwudziestu godzinach lotu z przesiadką w Dubaju, lądujemy w Hong Kongu.

hk2

Hong Kong to wyjątkowe miejsce, w którym każdy znajdzie coś dla siebie – od miejskiej dżungli po rajskie plaże. Koniecznie trzeba odwiedzić Kowloon i zamieszkać w jednym z miliona hosteli o przedziwnej strukturze. W naszym recepcja jest na zupełnie innym piętrze niż pokoje, a w samym budynku znajduje się niezliczona liczba pomieszczeń różnego przeznaczenia: od mieszkalnych, po siłownie, pralnie etc.  Dwie windy znajdujące się w budynku są tak pomyślane, że  jedna zatrzymuje się jedynie na parzystych, a druga na nieparzystych piętrach. Odnalezienie pokoju trochę trwało… . Szczególnie spodobała się nam Tai O – niewielka rybacka wioska położona w zachodniej części wyspy Lantau, składająca się z drewnianych i blaszanych domków zbudowanych na palach. Uważam, że Hongkong to świetne miejsce do życia. Zatłoczone, hałaśliwe, dziwne, ale piękne zarazem.

hk3

Z Hong Kongu do Chin kontynentalnych dostajemy się przez przejście graniczne Lok Ma Chau – Shenzen. Przejście jest określeniem dosłownym, bo granicę przekracza się na nogach. Panuje tam ogromny ruch. Chińczycy przewożą absolutnie wszystko z Hong Kongu do Chin, więc dobrze jest mieć odpowiedni zapas czasu na czekanie w długiej  kolejce. W Hong Kongu przynajmniej co drugi miejscowy mówił po angielsku, a po drugiej stronie nie mówi prawie nikt. Różnica jest bardzo wyraźna.

Z Shenzen jedziemy szybkim pociągiem do Guillin, a stamtąd jeszcze tylko bus i jesteśmy w Yangshuo.

Podróż “fast train’em” w Chinach można porównać do lotu np. Ryanair’em. Bilet trzeba kupić przez internet płacąc chińską kartą płatniczą, a odbiera się go w kasie, do której prowadzi gigantyczna kolejka. Nie będąc miejscowym można oczywiście przecisnąć się na początek kolejki metodą “na głupa” udając, że zupełnie nie wiemy w jakim celu wszyscy inni czekają. Dalej, aby wejść do części dworca, z której odjeżdżają pociągi przechodzi się przez bramki, gdzie prześwietlany jest bagaż. Później sprawdzanie biletów i można wsiąść do pociągu.

yangshuo3

Yangshuo w prowincji Guangxi – tu z miejskich terenów wyrastają krasowe ostańce, co nadaje temu miejscu magiczny wygląd. Dzięki krajobrazowi właśnie Yangshuo stało się atrakcją turystyczną nie tylko dla chińczyków, ale również dla obcokrajowców.

Zdaje się, że Yangshuo nie zasypia nigdy. Pełno tu atrakcji  skierowanych głównie do bogatych chińskich turystów. Mimo dużej liczby przybyszów i niesamowitego zgiełku jaki tu panuje nawet po zmroku, miasto nie straciło swojego poczciwego charakteru.

Poza turystami jest tu mnóstwo wspinaczy z całego świata. Miejscem spotkań wspinaczy jest knajpa Rusty bolt, gdzie impreza zdaje się nie mieć końca. Zawsze można tu znaleźć partnera wspinaczkowego, odkupić skuter lub znaleźć nowe mieszkanie. W Yangshuo  można się  naprawdę „zasiedzieć”, bo miejsce to ma specyficzny urok, który zdaje się być kwintesencją wspinaczkowego lifestyle’u.

Do skał najlepiej dojeżdżać wypożyczonym skuterem. Pod niektóre sektory można dojechać miejskim autobusem, ale jest to  mniej wygodna opcja. W zależności od sektora dystans jest różny, ale średnio dojazd w skałki zajmuje 15 – 20 min. Widziałyśmy śmiałków, którzy dojeżdżali pod skały rowerem, ale nie za bardzo jestem w stanie sobie wyobrazić jak po takiej jeździe wygląda wspinanie, lub raczej jaka jest jego jakość.

Pierwszy dzień w Yangshuo tracimy na ogarnianiu “co i jak”, ale nie idzie nam to najlepiej. Na koniec dnia bilans jest niezbyt korzystny, ponieważ nadal nie mamy skutera. Trafiamy jednak do położonego w centrum miasta parku, gdzie lokalsi grają na instrumentach i w karty oraz ćwiczą Tai Chi.

Kiedy ruszamy wreszcie na długo wyczekiwany wspin, trafiamy dość przypadkowo pod Lei Pi Shan. Jest to nieduży sektor położony niefortunnie nad samą drogą, co daje mu nieco pochylcowy charakter. Lekkie przewieszenie, krawądki I przyjemne choć nieco trick’owe wspinanie.

W kolejnych dniach jedziemy do takich sektorów jak The Egg, White Mountain, Moon Hill.

yangshuo5

The Egg to przyjemna skałka w kształcie jaja, gdzie drogi wspinaczkowe znajdują się po trzech jego stronach. Rozgrzewkowe wspinanie w sam raz na rozwspin. Z Egg’a rozciąga się przepiękny widok na pola ryżowe z ostańcami w tle.

White Mountain to nasz ulubiony sektor i w sumie można by wspinać się tylko tu. Imponujący, miejscami mocno przewieszony sektor, z trudnymi drogami od lewej i łatwiejszymi po prawej stronie. Skuterem podjeżdża się pod samą skałkę, na przeciwko której znajduje się knajpa serwująca naprawdę dobry smażony ryż.

Nie udało nam się wbić w żadnego tak zwanego “parcha”, a wspinałyśmy się tu naprawdę dużo. Weekendami, kiedy zjeżdżają wspinacze z okolicy, jest tu dość tłoczno, ale w ciągu tygodnia sektor jest bardzo spokojny. Drogi są bardzo zróżnicowane – od mocno przewieszonych po dużych chwytach, po bardziej techniczne wspinanie w mniejszym przewieszeniu lub pionie. Łatwej cyfry tu raczej nie ma, a drogi są rzetelne w wycenie. Choć część z nich jest nieco wyślizgana, to raczej nie ma się wrażenia “mydełka” z jurajskich klasyków.

Moon Hill to imponujący łuk skalny widoczny z drogi, który stanowi miejscową atrakcję turystyczną. Pod sektor jest około 40 minut podejścia, co odstrasza niektórych wspinaczy. Na dokładkę obecnie sektor jest teoretycznie zamknięty dla wspinania, co nie stanowi jednak dużej przeszkody dla bardziej zdeterminowanych. Drogi tu są przewieszone, mocno przewieszone lub w dachu i pozostają w cieniu przez większą część dnia. Wiele z nich jest sucha podczas deszczu.

Z innych godnych odwiedzenia sektorów możemy polecić: Riverside, Chicken Cave (niezbyt imponujący, ale suchy nawet po większych zlewach), czy Banyan Tree Crag.

Każdy dzień w Yangshuo wyglada mniej wiecej tak: startujemy rano skuterem pod skały, a wracamy po zmierzchu na kolację. Najczęściej trafiamy na tzw. “stir fry street”, gdzie można zjeść przepysznego stir fry’a (warzywa z woka z tofu, mięsem lub jajkiem), którego skład można skomponować samodzielnie. Wieczory upływają nam na rozmowach z poznanymi ludźmi przy piwie czy kolacji. Czujemy się tu dobrze i ciężko nam opuścić zaznajomione już Yangshuo, jednak za namową Oli ruszamy do Getu.

Dzięki nieocenionej pomocy Oli udaje nam się dotrzeć do Getu w jeden dzień, a nie jest to łatwe zadanie. Z Yangshuo startujemy o 6 rano taksówką, bo o tej porze nie ma szans na inny transport. Jedziemy do Guillin, a tam przesiadamy się na tzw. “fast train”, by dojechać do Gui Yang Bei. Ze stacji kolejowej jedziemy godzinę miejskim autobusem na dworzec autobusowy Gui Yang Jing Yang, a stamtąd łapiemy autobus jadący do Zi Yun. Tam przesiadamy się do małego zatłoczonego busa, który zabiera nas do Getu.

W każdym miejscu sytuacja wygląda podobnie – nikt nie mówi po angielsku, my nie mówimy po chińsku, pokazujemy na kartce nazwę kolejnego na drodze do Getu miejsca i usiłujemy uzyskać informacje z którego miejsca i o której odjeżdża pociąg czy autobus. Stanowimy lokalną atrakcję dla Chińczyków, a każdy bardzo chce nam pomóc, pomimo bariery językowej lub nierzadko nieznajomości odpowiedzi na zadane pytanie.

W Getu jesteśmy przed 19:00 . Powoli zapada zmrok, mamy mały kłopoty w znalezieniu Petzl House’a, ale ostatecznie trafiamy tam dokładnie na kolację.

yangshuo6Getu to mała wioska położona w prowincji Guizhou. Usytuowana jest wzdłuż głównej drogi i składa się z kilkudziesięciu domów, w tym kilku oferujących nocleg z wyżywieniem oraz trzech słabo zaopatrzonych sklepików. To ukryte wśród pól i wzgórz miejsce jest miłą odmianą po zatłoczonym, wypełnionym po brzegi turystami i skuterami Yangshuo. Jedyna droga biegnąca przez Getu to bezpieczne miejsce dla wygrzewających się psów i biegających kur. Jadąc tam lepiej zaopatrzyć się w jedzenie np. owoce i kawę, bo lokalne sklepiki nie oferują wiele. Zwłaszcza kawa była całkowicie niedostępna podczas naszego pobytu. 
Getu to świetna miejscówka dla wspinaczy lubiących wapienne skały, ciszę i długie wieczory przy świetle gwiazd.

Sektory oferują różnorodne w charakterze wspinanie – od dróg sportowych po wielowyciągowe. Najbliżej wioski położony jest Oliver’s Crag. To niewielki sektor zapewniający przyjemne wspinanie w średnim lub małym przewieszeniu po raczej dobrych chwytach. Nieco dalej położone są Fish Crag, Pussa Yan, Banyang’s Cave i wreszcie Great Arch.

Great Arch jest najbardziej spektakularnym sektorem oferującym drogi wielo i jedno wyciągowe. Dotarcie pod sektor zajęło nam sporo czasu, mimo iż jest on dobrze widoczny z drogi. Najpierw należy opłacić wstęp do parku narodowego, następnie złapać łódkę, która zabierze nas na drugą stronę rzeki. Warto wiedzieć o której godzinie odpływa ostatni raz, aby nie utknąć na noc po niewłaściwej stronie. Great Arch to wyjątkowe miejsce, nie tylko ze względu na imponujące rozmiary jak i niesamowitą rzeźbę, ale również panujący wewnątrz specyficzny mikroklimat, który jest korzystny dla szybkiego rozwoju roślin. Właśnie dlatego skała pokryta jest tu warstwą pyłu i glonem.

Niestety część przestrzeni wewnątrz łuku została wykorzystana przez miejscową ludność do celów komercyjnych. Powstały budki oferujące jedzenie dla rzeszy turystów, którzy codziennie odwiedzają to miejsce. W ten sposób zostały zniszczone starty do niektórych dróg. Przemysł turystyczny zadbał o ułatwienia dla odwiedzających i wewnątrz jaskini zbudowano system schodów, a nawet windę, która umożliwia skrócenie sobie długiego spaceru. To połączenie natury  z “dziełem” człowieka to mówiąc delikatnie – dość niecodzienny widok.

Jako, że w Getu spędziłyśmy nieco ponad tydzień nie udało nam się odwiedzić wszystkich sektorów. Warto również spróbować wspinania na Fish Crag. Jest położony nieco wyżej i oferuje raczej pionowe wspinanie po krawądkach. Nie nadaje się na słoneczną pogodę, gdyż słońce operuje tu niemal cały dzień.

Banyang’s Cave to dobrze zacieniona grota położona nad wioską o tej samej nazwie.  Można w niej znaleźć przewieszone lub mocno przewieszone drogi po tufach.

getu2

Nam najbardziej spodobała sie Pussa Yann – 180 metrowa, trójkątna ściana z drogami wielowyciagowymi jak i jednowyciągowymi. Środkiem ściany biegnie pierwsza obita tu linia Le Casse-Tête Chinois, która stała się naszym celem. Składa się z sześciu wyciągów (czterech 6c i dwóch 7a), zapewniając bardzo zróżnicowane wspinanie. Lekko przewieszone, z kilkoma tufami w środowej części i pionowe, techniczne na górze. Ze szczytu rozciąga się piękny widok na całą dolinę. Podejście pod ścianę i znalezienie drogi jest banalne, ale zejście ze szczytu okazuje się problematyczne. Z góry prowadzi słabo widoczna ścieżka, którą udało nam się kilka razy zgubić. Podchodząc pod ścianę, przecina się maleńką położoną u podnóża ściany wioskę, z której miejscowi dobrze wiedzą dokąd i po co idziesz. Kibicują każdemu :). Poza wspinaniem w zasadzie nic wokół nie ma, co dodaje uroku temu miejscu, które zdaje się być zapomniane przez wszystkich.

Kuchnia w Getu różni się nieco od kuchni w Yangshuo – psy są bezpieczne (w Yangshuo jadają psy i koty), a do potraw dodaje się więcej imbiru.

Na miejscu najlepiej mieć Olę Przybysz, bez której dotarcie do celu i zorganizowanie wszystkiego – od skutera po bilet kolejowy – byłoby znacznie trudniejsze. Dzięki Jej pomocy miałyśmy w Yangshuo świetne mieszkanie z obłędnym widokiem, lekcjami jogi i fajnymi ludźmi. Dzięki Ola i do zobaczenia w skałach 🙂

 

Marta Gromadzka

baner_kw



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *