„Widzisz tę górę na horyzoncie? To Tunupa. W dawnych czasach była kobietą, która poślubiła Kusku. Ten jednak opuścił ją by żyć z inną. Z Kusina. Tunupa karmiąc ich dziecię piersią, pełna cierpienia zaczęła płakać.  Jej łzy zmieszane z mlekiem wypełniły to miejsce tworząc wielką pustynię – Salar. Proste prawda?” Alfredo od 26 lat mieszka na wyspie Incahuasi pośrodku największej solnej pustyni świata. Dla niego, podobnie jak dla innych przedstawicieli rdzennej grupy mieszkańców Aymara, miejsce to zawsze będzie nosiło nazwę Salar de Tunupa. Pełne mistycyzmu, z pogranicza legend i tradycyjnych wierzeń, nikogo nie pozostawia obojętnym. Może dlatego byłem tu już po raz drugi?

01

Tylko Tyle? Aż Tyle!

Gdy poprzedniego dnia opuszczałem niewielką wioskę Llica mieszkańcy wychodzili na progi swych skromnych domostw zwabieni egzotycznym widokiem Gringo ciągnącego za sobą wózek. Dla nich zdawało się być niepojęte, że ktoś z własnej woli chce przejść pieszo przez Salar de Uyuni. Dla mnie był to początek kolejnej przygody, która miała zakończyć się po niemal stu siedemdziesięciu kilometrach i około dziesięciu dniach. Cel? Samotne przejście największej solnej pustyni świata. Z całym bagażem ciągniętym za sobą – bez pomocy kogokolwiek. Po co? W czasach, gdy przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji zadajemy sobie pytanie: „czy mi się to opłaci?”, nie miało to najmniejszego znaczenia. Liczyła się tylko wizja bezkresnej bieli soli spotykającej się na horyzoncie z niewiarygodnym błękitem nieba. Tylko tyle? Aż tyle!


Medytacja. Dzień za dniem.

Poranek przywitał mnie słońcem. Jego ciepłe promienie pozwalają mi rozgrzać skostniałe dłonie i rozpalić kuchenkę. Dopiero po pierwszych łykach słodkiej herbaty odważam się rozpiąć zamek śpiwora. Noc była zimna, tropik pokrył szron. Po kilku łyżkach musli z mlekiem zakładam na stopy zamarznięte buty i pakuję cały ekwipunek. Mam ze sobą ciepły puchowy śpiwór, który zapewnia mi komfort w temperaturach spadających do -40 stopni Celsjusza, odporny na huraganowe podmuchy wiatru namiot, trochę jedzenia i sześć dziesięciolitrowych worków wypełnionych wodą. Na boliwijskim Salar de Uyuni nie ma możliwości zaczerpnięcia jej z jakiegokolwiek źródła. Z tego też powodu całość bagażu transportuję na specjalnie przygotowanym wózku ciągniętym za sobą. Wykorzystuję w nim koła wyposażone w bardzo szerokie opony – dokładnie te same, na których udało mi się przejechać szlak Canning Stock Route w Australii Zachodniej – prawdopodobnie najtrudniejszą drogę wytyczoną na ziemi. To właśnie na antypodach zaraziłem się pasją przemierzania pustyń. Ich niezmąconą ciszą i niespotykanym spokojem. Właśnie taki jest Salar de Uyuni. Gdy nie doskwiera mi wiatr, cisza zdaje się być absolutna, a przerywa ją jedynie dźwięk chrupiącej pod stopami soli. Trzeszczy, aż miło. Gdy podróżujesz pieszo, kolejne kroki zdają się wyznaczać monotonny rytm, którego uzupełnieniem są dziesiątki myśli wypełniających głowę. Marsz nieuchronnie zamienia się w medytację. Od wschodu, aż do zachodu słońca. Dzień za dniem.

Czwartego dnia od wyruszenia z Llica docieram na wyspę Incahuasi, gdzie wita mnie jej pierwszy stały mieszkaniec – Alfredo. To on opowiada mi miejscową legendę. Ta niewielka skalna wysepka pośród morza soli, była niegdyś wierzchołkiem wulkanu. Porastają ją setki kaktusów, z których najstarsze były w tym miejscu już wtedy, gdy Mieszko chrzcił Polskę. Ze szczytu wyspy roztacza się UNIKALNY widok. Widziałem już solniska w różnych częściach świata: w Australii, Chile, czy Argentynie, ale to miejsce przyćmiewa je wszystkie swym ogromem. Salar de Uyuni stanowi wraz z jeziorami Titicaca i Poopo pozostałość po gigantycznym, istniejącym w plejstocencie jeziorze Ballivian. Jest jednym z najbardziej płaskich obszarów na świecie, różnica wzniesień wynosi tu zaledwie 41 centymetrów. Z tego powodu bardzo często wykorzystywany jest do dokładnej kalibracji urządzeń GPS. Gdy w okresie boliwijskiego lata pokrywa go cieniutka warstwa wody staje się największym naturalnym lustrem na ziemi, a złudzenie braku horyzontu potrafi już na stałe przedefiniować znaczenie słowa NIEWIARYGODNE u wszystkich, którzy mają okazję przebywać wówczas w tym miejscu.
40

Najlepsze rzeczy w życiu mamy za nic!

Salar bywa też zdradliwy. Już na starcie zaakceptowałem podejmowane ryzyko – cokolwiek mnie spotka, muszę sobie z tym poradzić. Realnej drogi ewakuacyjnej brak, a wydarzyć morze się naprawdę wiele. Nawet w trakcie zimy, gdy pogoda zdaje się być stabilna wszystko może zmienić się w przeciągu kilku godzin. Teoretycznie nie ma szans na burzę śnieżną. Pewnie dokładnie tak samo myślała para rowerzystów, odnaleziona martwa w 2002 roku. W przypadku załamania pogody nie mogę liczyć na żadne naturalne elementy krajobrazu, które zapewnią mi schronienie. Z obserwatora niezwykłego spektaklu natury stanę się momentalnie jego głównym aktorem. Smutna to myśl. Podobnie jak te, które uporczywie towarzyszą mi w trakcie pierwszych kilometrów po opuszczeniu kaktusowej wyspy. Doceniam otaczający mnie spokój. Spokój ducha, gdy nikt nie wciska mi kitu, że koniecznie muszę sobie kupić nowy telewizor, a zdrowie i szczęście zapewni seria suplementów diety. Moim jedynym suplementem jest poranna dawka silnego środka przeciwbólowego w tabletce i wcale mnie to nie uszczęśliwia. Poza tym: „Najlepsze rzeczy w życiu mamy za nic. Za darmo! Nie wiesz? Masz serce pobrudzone czarną farbą”[Eldo – „Miasto Słońca”] Tego wieczoru odnajduję w warstwie soli spore pęknięcia wypełnione wodą. Wzbudzają mój lęk choć wiem, że jest dosyć irracjonalny. Pod stopami mam solną skorupę grubą na kilkanaście metrów. Wytrzymuje pędzące po jej powierzchni samochody terenowe, wytrzyma więc też mój namiot. I choć logika zdaje się być dobrym doradcą, to każde uderzenie młotka w główkę stalowego gwoździa – jedynej rzeczy, która jest w stanie przebić się przez twardą jak beton sól zabezpieczając mój namiot, wykonuję niezwykle starannie. Nocą pomimo szczypiącego mrozu wychodzę na zewnątrz. Widok drogi mlecznej rozdzierającej nieprzenikniony granat nieba sprawia, że zapominam o strachu. Fotografuję. Jestem szczęśliwy.

Gdy od końca wędrówki dzieli mnie kilkadziesiąt kilometrów, coraz częściej widzę na horyzoncie terenówki gęsto upakowane turystami. To właśnie one zdają się być dla mnie największym zagrożeniem, szczególnie wówczas gdy biwakuję. Boliwijscy kierowcy nie przywiązują wielkiej uwagi do bezpieczeństwa jazdy, co doprowadza do wielu bolesnych tragedii. Siedem lat temu Salar de Uyuni pojawił się w niemal wszystkich nagłówkach prasowych w Izraelu i Japonii. Jedenaście osób pochodzących z tych krajów zginęło w czołowym zderzeniu dwóch samochodów terenowych. Surową ciszę pustynnej nocy nie po raz pierwszy rozdarł dźwięk miażdżonej karoserii i wybuchających butli z gazem. Czy ten straszny wypadek zmienił cokolwiek w sposobie prowadzenia wypraw na Salar? Nic. Władze nieodległego miasteczka Uyuni postawiły pamiątkowy postument, a 10 bilionów ton soli nadal pozostaje cichym świadkiem dramatycznych wydarzeń.
15

Podróżować, aby nie dotrzeć nigdy

Z medytacji wyrywa mnie dźwięk opuszczanej szyby i trzask migawek. Jedna z wielu grup postanawia uwiecznić mnie w pamięci swoich telefonów. Bez powitania. Bez żadnego słowa. Bez sensu. „Chciałbym wierzyć, że jeszcze kogoś to obchodzi, że świat to już nie tylko kawy w kubku i iPhony”[Eldo – „Rybałci”]

Ostatnie dwa dni marszu przychodzą mi z wielkim trudem. I nie chodzi o poranione przez silnie operujące słońce usta czy pęcherze pokrywające stopy. Nawet wysokość, na której przyszło mi wędrować, przekraczająca 3500 metrów nad poziomem morza nie stanowi problemu. Zaledwie kilkanaście dni wcześniej stałem na szczycie sześciotysięcznika,  jestem doskonale zaaklimatyzowany.

Problemem jest nieuchronnie zbliżający się koniec Salaru. Z pustyniami już zawsze będzie łączyć mnie szczególna więź. Zastanawiam się tylko, czy możliwym jest by:  „Podróżować nie po to, aby dotrzeć do celu, lecz aby dojechać jak najpóźniej, aby nie dojechać, o ile to możliwe, nigdy”[Claudio Margis – „Podróż bez końca”] Wierzę, że tak.

Mateusz Waligóra

Comments are closed.