Przyczepić dwie deski do nóg i zsuwać się na nich po śniegu. Dla przyjemności. Zaiste, Homo sapiens miewa dziwaczne pomysły. Mimo, że sam koncept jest nieco śmieszny, jazda na nartach przyciąga ogromne rzesze ludzi. Tylko Polsce do uprawiania narciarstwa przyznaje się ponad 4 miliony osób, czyniąc „białe szaleństwo” prawie sportem narodowym. Nad jakością tego „uprawiania” można by dyskutować, ale nie zmienia to faktu, że narty i snowboard są bardzo popularne. Coraz większym zainteresowaniem cieszy się też ich pozatrasowa odmiana – freeride. Ubrany w kolorowe gore-texy narciarz w agresywnym skręcie, skrzący się w słońcu puch, błękitne niebo i ogromne górskie ściany – takie zdjęcia zwykle reklamują ośrodki narciarskie na całym świecie, nawet te niemające z dużymi górami czy freeridem wiele wspólnego. Mimo to, odbiór tego rodzaju aktywności, nawet przez samych narciarzy, jest ciągle bardzo różny: od zachwytu i fascynacji, przez zdystansowane zaciekawienie, po ostrą krytykę i wyzywanie od idiotów i samobójców, wsparte głęboką troską w duchu: „Co na to twoi rodzice”. Jazda pozatrasowa od zawsze budziła skrajne emocje. Kiedy to się zaczęło, kto wpadł na ten pomysł i z czym to się je?

fot. Piotr Śnigórski
fot. Piotr Śnigórski

Pionierzy

Wszystko prawdopodobnie zaczyna się około 4000 lat temu. Tyle mają najstarsze odkryte malowidła naskalne, przedstawiające narciarza. Za wynalezienie nart możemy dziękować Norwegom, ale dwie deski pojawiają się także w innych mroźnych miejscach na świecie, np. na Syberii.  Narty długo mają niewiele wspólnego z górami, używa się ich tylko do przemieszczania się w głębokim śniegu. W Alpach narty pojawiają się w XIX wieku, lecz tu również służą jako środek transportu. Dopiero w okolicach 1890 roku zaczynają być używane do rekreacyjnych wycieczek oraz jako narzędzie pomocne w uprawianiu alpinizmu.

Polskim pionierem i propagatorem jest niewątpliwie Stanisław Barabasz. W 1894 roku odbywa się słynna wyprawa nad Czarny Staw Gąsienicowy na posmarowanych oliwą z sardynek nartach. W pierwszych latach „łyżew” czy „latających desek” używa się głównie do wycieczek, jednak już na początku XX wieku mają miejsce coraz śmielsze wyczyny. Wyrypy i zjazdy  Mieczysława Karłowicza, Józefa Oppenheima, Mariusza Zaruskiego czy Bronisława Czecha do dziś budzą szacunek, szczególnie jeżeli weźmie się pod uwagę sprzęt jakiego wtedy używano.

Ski extrême

Po II Wojnie Światowej na całym świecie powstaje coraz więcej ośrodków narciarskich.  Wyodrębnia się narciarstwo zjazdowe, a sprzęt ewoluuje w kierunku metalowych krawędzi, twardych butów i sztywnych wiązań. Jeździ się jednak przede wszystkim w obrębie kurortów narciarskich, po wyznaczonych trasach. Dopiero w latach 60tych śmielsze spojrzenia padają na wysokie szczyty i nietknięte, strome zbocza. Na narciarskiej mapie świata jest miejsce, gdzie patrzy się na góry intensywniej. I na patrzeniu się nie kończy.

Chamonix – legendarne francuskie miasteczko, którego nazwa jest jak zaklęcie, elektryzuje narciarzy z całego świata. Jest Mekką dla freeriderów. Przynajmniej raz wypadałoby odbyć tam narciarską pielgrzymkę, stanąć na Aiguille du Midi i zjechać klasyki jak Couloir des Cosmiques czy Glacier Rond. Cham to jedna z kolebek alpinizmu o długiej i bogatej tradycji górskiej. Jest to też miejsce, w którym poprzeczka dopuszczalnego ryzyka wydaje się być podniesiona nieco wyżej. Góry są wysokie i strome, pełne iglic i postrzępionych grani. Teren jest trudny i wymagający, poprzecinany lodowcowymi szczelinami.

 

ABM_0111
fot. Piotr Śnigórski

W latach 70. i 80. w rejonie tym ma miejsce duża liczba ekstremalnie trudnych zjazdów, dzięki takim narciarzom jak Sylvain Saudan, Patrick Vallençant, Anselme Baud czy Stefano de Benedetti. Stają się oni inspiracją dla kolejnych pokoleń pozatrasowcyh narciarzy, garściami czerpiących z ich doświadczenia i techniki. Pokazują, co tak naprawdę jest możliwe w górach. Źródeł freeride’u ,w postaci jaką najlepiej znamy z filmów czy zdjęć, należy jednak szukać po drugiej stronie oceanu.

Skibums and Jackson Hole Air Force

W latach 50. i 60. w Ameryce, podobnie jak w Europie, narciarstwo jest zarezerwowane głównie dla bogatej części społeczeństwa. Powstające jak grzyby po deszczu luksusowe kurorty potrzebują jednak siły roboczej. Przyciąga to młodych, złaknionych nart  ludzi, chwytających się każdej roboty, by móc jak najwięcej czasu spędzać na śniegu. Powstaje określenie ski bum (ski – narty; bum – włóczęga, próżniak). Ich majątek często stanowią tylko narty, samochód i przyczepa w której śpią. Ski bum wpisuje się na stałe w amerykańską kontrkulturę, stając się symbolem wolności i przygody. Obecnie ski bumów nadal jest sporo na całym świecie, mają się dobrze i stanowią nieodłączną część freeride’owej legendy i kolorytu.

fot. Piotr Śnigórski
fot. Piotr Śnigórski

Opisując historię narciarstwa w USA nie sposób nie wspomnieć o historycznym zjeździe Billa Briggsa ze szczytu Grand Teton w 1971 roku. Po tym wyczynie zyskuje on przydomek „ojca ekstremalnego narciarstwa” w Ameryce. O ile w rejonie Chamonix i w innych częściach Alp ma miejsce coraz więcej takich zjazdów, w Stanach jest to odosobniony wyczyn, mający jednak ogromny wpływ na rozwój narciarstwa pozatrasowego.

W połowie lat 60. na narciarskiej mapie Ameryki pojawia się nowy ośrodek – Jackson Hole. Na tle innych wyróżnia się dużym przewyższeniem i alpejskim charakterem. Uruchomiona w 1966 roku kolejka wywozi narciarzy na wysokość prawie 3200 m n.p.m. ułatwiając dostęp do rozległego i trudnego terenu. Jackson zaczyna przyciągać świetnych narciarzy z całego kraju. Sama jazda przestaje wystarczać – na nartach lata się coraz dalej i wyżej, pojawiają się pierwsze salta. Głęboki, amortyzujący lądowania i upadki puch oraz ukształtowanie terenu zachęcają do eksperymentów i przesuwania poprzeczki tego, co wydawało się niemożliwe. W granicach ośrodka narciarskiego znajduje się sporo wymagających, ciekawych czy wręcz legendarnych zjazdów jak np. słynny Corbet Couloir. Z czasem narciarskiej elicie z Jackson przestaje to wystarczać i zapuszczają się coraz dalej w góry, jeżdżąc poza ośrodkiem. Tu pojawia się problem – jest to nielegalne. Nie podoba się to władzom oraz części lokalnego śnieżnego patrolu. Powstaje tajna, nieformalna grupa narciarzy, określających się jako Jackson Hole Air Force. JHAF tworzy elita narciarzy i nie można zwyczajnie dołączyć do tej grupy. To oni Cię zapraszają, wręczając charakterystyczną czarną naszywkę z trupią czachą. Rozpoczyna się swoista zabawa w kotka i myszkę, trwająca wiele lat. Czasami zabawna, a czasami przybierające niezbyt sympatyczne formy. Jazda poza ośrodkiem groziła utratą drogiego, całosezonowego skipassu, zakazem jazdy w Jackson, a nawet więzieniem. Przepychanki i pościgi między narciarzami a patrolem trwają grubo ponad 20 lat. Dopiero w 1998 r. Jackson Hole znosi zakaz jazdy poza trasami.

Alaska i Nowa Szkoła

Jeżeli Chamonix jest Mekką, to Alaska jest narciarską Ziemią Obiecaną, czy też Świętym Graalem. Niekończące się, nietknięte przez człowieka łańcuchy górskie, potężne strome ściany i nigdzie indziej niespotykany śnieg – przyklejony do stoków, ale lekki i głęboki. Alaska dla narciarstwa została odkryta dopiero na początku lat 90tych. W 1991 roku rozegrano tam pierwsze zawody World Extreme Skiing Championships, które wygrał Doug Coombs – jeden z członków Jackson Hole Air Force.

Oblicze freeride’u powoli się zmienia. Narciarstwo to już nie tylko luksusowe, pełne futer i czerwonych swetrów, nudne Aspen, ani uduchowiony, ekstremalny górski wyczyn rodem z Chamonix. Film „Blizzard of AAhhh’s” (1988 r.) z ekstrawaganckim, noszącym irokeza Glenem Plake’iem wstrząsa narciarskim światkiem, pokazując, że narty to przede wszystkim dobra zabawa. Synonimem narciarza nie jest już sztywny, podstarzały mistrz olimpijski koniecznie z Austrii, lecz punkowy Seth Morrison z czerwonymi włosami i kolczykami. Drastycznie zmienia się sposób jazdy – skręty się wydłużają, a prędkość zwiększa. Jest to silnie związane z rozwojem sprzętu. Dzięki takim wizjonerom jak Shane McConkey narty stają się coraz szersze i pojawia się rocker. Równolegle w snowparkach rozwija się narciarski freestyle, w ogromnym stopniu zainspirowany przez snowboard. Do freeride’u wkraczają bardziej złożone i stylowe ewolucje. Narciarstwo staje się cool.

fot. Piotr Śnigórski
fot. Piotr Śnigórski

Dziś

Freeride jest dziś ogromnym przemysłem: sprzęt, ubrania, filmy, gadżety, organizowane wyjazdy, heliskiing, szkolenia, obozy. W pewnym stopniu wraca też do korzeni. Po zachłyśnięciu się Alaską, śmigłowcami i skuterami, coraz więcej narciarzy zwraca się ku lokalnym górom, fokom i sile własnych mięśni. Ekstremalnie trudne zjazdy z lat 70. są teraz pokonywane w zupełnie innym stylu – na pełnej prędkości, przy minimalnej ilości skrętów. Co roku, na całym świecie rozgrywane są zawody z cyklu Freeride World Tour i towarzysząca im seria mniejszych zawodów kwalifikacyjnych.

fot. Piotr Śnigórski
fot. Piotr Śnigórski

Freeride staje się coraz popularniejszy i powszechniejszy. Dostępny sprzęt znacznie ułatwia jazdę w głębokim śniegu. Mamy dużo większą wiedzę na temat zagrożenia lawinowego i całe tony inspiracji z filmów czy z internetu. Jednak by dołączyć do freeride’owej braci trzeba spełnić kilka wymogów. Nie da się bezpiecznie i w satysfakcjonujący sposób jeździć bez dobrych umiejętności technicznych i wysokiej sprawności fizycznej. Odpowiednie, dobrze dobrane, nowoczesne narty, zaprojektowane specjalnie do jazdy w kopnym śniegu są bardzo pomocne. ABC lawinowe, czyli detektor, sonda, łopata i umiejętność posługiwania się nimi to podstawa. Podobnie jak jeżdżenie tylko w towarzystwie osób podobnie wyposażonych i wyszkolonych. Plecak lawinowy z systemem pompowanych poduch, które utrudniają zagrzebanie narciarza głęboko pod śniegiem jest również bardzo przydatny. Nie są to zbędne gadżety, czy objaw burżujstwa – te przedmioty i umiejętność posługiwania się nimi mogą uratować życie. Dobrze mieć również możliwość jazdy z bardziej doświadczonymi freeriderami. Świetnie opanowana technika skrętu to tylko początek drogi – we freeridzie ogromne znaczenie mają również umiejętności bezpiecznego poruszania w górach, „czytania” terenu, wybierania linii podejścia i zjazdu, znajomości rodzajów śniegu. Nie jest to sport łatwy ani bezpieczny, ale dający ogromną przyjemność, radość i satysfakcję. Przeżycia towarzyszące szybkiemu, płynnemu zjazdowi w głębokim śniegu trudno porównać do czegokolwiek innego. Freeride to ciągła pogoń za puchem i idealną linią zjazdu. Takie chwile pamięta się do końca życia.

Piotr Śnigórski

Comments are closed.