Trylogia Alpejska dzisiaj

Zacznijmy od tego, że nie jestem zwolennikiem kolekcjonerstwa w jakiejkolwiek formie. Nigdy nie zbierałem znaczków ani kapsli. Owszem, miałem naprawdę sporo kaset z muzyką, jednak nigdy nie myślałem o nich jako o całości, koncentrowałem się raczej na treści każdej z osobna. Również dzisiaj nie „zaliczam” ścian, ani ich nie „robię”, a po prostu przechodzę, chłonę ich atmosferę i historię, a po całej przygodzie staram się ocenić zaangażowanie, którego dana linia ode mnie zażądała. Mimo przytoczonego pokrótce podejścia, nie mam problemów, aby przy okazji mimowolnego zdobycia jakieś powszechnie uznawanej kolekcji, pokusić się o odrobinę dobrej zabawy i przeprowadzić analizę porównawczą.

Grandes Jorasses fot. Kacper Tekieli
Grandes Jorasses fot. Kacper Tekieli

Trylogia północnych ścian alpejskich

Jest to stary i dobry pretekst, aby wybrać się na trzy wspaniałe „wyprawy” alpejskie. Wszystkie składowe Trylogii, zostały zdobyte w latach trzydziestych ubiegłego stulecia, ale nadal stanowią bardzo poważną próbę sił dla niemalże każdego alpinisty. Treść kryjąca się pod popularnym „Tryptykiem” odrobinę ewoluowała. Na początku oznaczała trzy drogi klasyczne, a więc drogi pierwszych zdobywców północnych urwisk: Matterhornu (1931r. – Franz i Toni Schmid), Eigeru (1938r. – Ludwig Vorg, Anderl Heckmaier, Heinrich Harrer i Fritz Kasparek) oraz Grandes Jorasses (1938r. – Ricardo Cassin, Gino Esposito i Ugo Tizzoni). Z czasem definicję z lekka naginano, głównie ze względu na znakomite skądinąd łańcuchówki, z której najsłynniejszą stała się z pewnością wspinaczka Christopha Profita. Pokonał on omawiane trzy wielkie ściany w ciągu doby, z tym, że zamiast oryginalnego Filara Walkera (czyli drogi Cassina na „Jorassach”), wybrał drogę przez Całun. W związku z tym, że Profitowi „wybaczono” Całun, od tamtego czasu Trylogię kompletować można wspinając się dowolnymi drogami znajdującymi się na trzech słynnych północnych ścianach. W niczym nie ujmuje to kolekcji, gdyż każda z pozostałych (dotyczy szczególnie Grandes Jorasses), oferuje podobne trudności, jeśli nie czysto techniczne to przynajmniej mentalne.

Która najtrudniejsza?

To z pewnością ciężkie do jednoznacznego rozstrzygnięcia. Bojkotując na chwilę oficjalne wyceny powagi dróg, postaram się opisać na czym polegały w moim przypadku trudności konkretnych linii. Na pierwszy strzał niech pójdą trudności techniczne. Te akurat z dużą dozą dokładności zamknąć możemy w cyfrach i symbolach. Warto jednak zaznaczyć, że klasyczne na ścianie Eigeru i Matterhornu to drogi o charakterze zimowym, lub wczesnowiosennym, a Walker ze względu na przewagę skały, to linia na końcówkę lata. Na Walkerze właśnie powspinamy się najwięcej, a szybkie pokonywanie trudności do 6a, stanie się obowiązkiem. Natomiast końcówka Walkera to dość wymagający psychicznie taniec w błocie i na luźnej skale, ze skąpą raczej asekuracją. O ile nie trafimy tu na bardzo suche warunki lub przeciwnie – skute lodem kominy – wymagane będą od nas umiejętności podobne do żywcowego wspinania w trójkowo-czwórkowych przynajmniej, zimowo-tatrzańskich realiach. Matterhorn i Eiger są do siebie w charakterze dość zbliżone. Matterhorn ma z pewnością mniej trudnych technicznie fragmentów, lecz wydaje się bardziej konsekwentny w stromiźnie, czyli nie oczekujmy wielu miejsc dających nam możliwość odciążenia „łydy” lub tym bardziej wygodnego biwaku. Trudności orientacyjne wyprowadziły już na manowce niejednego alpinistę światowej klasy, a brak ciągłości asekuracyjnej stawia w moim mniemaniu północną Matterhornu na pierwszym miejscu pod względem wymagań psychicznych. Jednym słowem jest to jedyna z trzech omawianych dróg, której niewysoką wycenę trudności uzupełniłbym słynną literką „R”. Północna ściana Eigeru ma co prawda aż 1800m deniwelacji, jednak jej klasyczna linia posiada ogrom łatwego, chodzonego terenu, który przy dobrych warunkach, nawet bez przelotów, nie sprawia wrażenia niebezpiecznego. Drugą stroną tego medalu jest jednak fakt, że jest to jedyna linia, z której deska śnieżna może ściągnąć nas nie tylko na podejściu czy zejściu. Po odjęciu „bieganiny” na Eigerze zostaje około kilkuset metrów trudnych, często azerowanych trawersów i technicznych kominków (czasem zacięć). To i tak bardzo wiele, kilkukrotnie więcej niż na Matterhornie, jednak znacznie mniej niż na „żorasowym” Walkerze, gdzie zupełnie łatwy teren jest rzadkością. W porównaniu do drogi braci Schmid, Walker i klasyczna „Nordwandu” to, poza kilkoma fragmentami rzecz jasna, droga niemalże „obita” (w skali poważnego alpejskiego standardu).

Kacper na Trawersie Hinterstoissera fot.Andrzej Życzkowski
Kacper na Trawersie Hinterstoissera fot.Andrzej Życzkowski

Z żadnego szczytu „wielkiej trójcy” nie jest łatwo zejść. O ile znana jest renoma i powaga zejścia z Grandes Jorasses (4208m, jest to droga długa, zawiła i uszczeliniona, a próba złapania stopa z Włoch z powrotem do Francji może się udać jedynie metodą „na litość”), to nie do końca docenione jest zejście z Matterhornu (4478m). Biorąc pod uwagę fakt, że drogę Schmidów powinniśmy pokonać w jeden dzień (brak miejsca biwakowego), a romantyczny biwak na grani szczytowej nie jest rekomendowanym przeze mnie pomysłem, to zjazdy w tym eksponowanym terenie, z dużą dozą pewności wykonywać będziemy w ciemnościach. Najłatwiejsze wydaje się zejście z Eigeru (3970m), jednak popołudniowe słońce ma spore szanse na niebezpieczne w skutkach rozmiękczenie najłatwiejszej drogi do namiotu. W takim wypadku pozostanie droga eksponowana, bliżej grani i zawierająca wśród przeszkód spory, choć zaporęczowany uskok. Warto być przygotowanym na oba warianty.

Podejście i logistyka

Bez cienia wątpliwości, podejście pod Grandes Jorasses będzie wymagało od nas największego zaangażowania. Odległość (ok. 3h od schroniska), szczeliny, orientacja, jak również wybór miejsca startu w zależności od warunków sprawia, że intensywną akcję rozpoczynamy już od zamknięcia drzwi schroniska Leschaux. Przeciwnie jest pod Eigerem. Przy wykorzystaniu dobrodziejstw cywilizacji, Eiger możemy zaatakować do około 45 minut od opuszczenia kolejki, namiotu rozbitego w komfortowym miejscu, bądź światowej klasy hotelu. Gdzieś pomiędzy tymi skrajnościami plasuje się podejście pod Matterhorn z wygodnym „winterroomem” i tylko jedną wyraźną szczeliną.

Choć nie wszystkie przejścia składające się na Tryptyk uważam za największe przygody w Alpach, zaś w innych miejscach bywało trudniej, bardziej krucho, lub zwyczajnie piękniej, to z pewnością każda z tych ścian sporo wniosła do mojej wspinaczkowej tożsamości. Nie czuję się kompetentny, by podać kryteria, które należy spełnić, by porwać się na wymienione wyżej cele. Jednak za każdym razem, gdy wspinam się tak poważnym klasykiem, myślę o autorze danej linii i gdy wyraźnie czuję pokonywane trudności, zastanawiam się jak wielkim musiał być wspinaczem ten, który w realiach swoich lat stworzył dzieło, które robi wrażenie po dziś dzień. Dlatego apeluję, by w parze z brakiem kompleksów, pewnością siebie oraz jakością szpeju, szło uznanie dla pionierów i świadomość, że bez względu na cyferki w datach, jeszcze długo będą mogli nam zaimponować.

Andrzej Życzkowski na Biwaku Śmierci fot.Kacper Tekieli
Andrzej Życzkowski na Biwaku Śmierci fot.Kacper Tekieli

Tryptyk Alpejski autora:

Północna ściana Matterhornu drogą braci Schmid (TD+, M5, WI4, 1100m) – luty 2015 – Jacek Czech, Adam Bielecki, Kacper Tekieli (15h)

Północna ściana Eigeru drogą Heckmaiera (ED2, V+, M5, A0, WI4, 1800m) – marzec 2016 – Andrzej Życzkowski, Kacper Tekieli (40h z biwakiem)

Północna ściana Grandes Jorasses drogą Cassina (TD+, 6a, A0, M4, 1200m) – sierpień 2017 – Wadim Jabłoński, Kacper Tekieli (33h z biwakiem)

Kacper Tekieli (KWT, Polar Sport, Black Diamond, wspinanie.pl)

Write A Comment