Facebook
YouTube
Instagram

Yes, you can!

Siedzę właśnie w Starbucksie w Squamish, sącząc poranną tanią czarną kawę. Jestem na finiszu ponad rocznego tripu wspinaczkowego, w trakcie którego odwiedziłem sporo różnych rejonów wspinaczkowych w Stanach i Kanadzie. Wspinałem się zarówno w górach, wielowyciągowych skałkach, rejonach sportowych i boulderowych. Ciężko by opisywać każdy z nich. Myślę, że wszystkie oferowały coś wyjątkowego na swój sposób i pozostawiły niezapomniane wspomnienia w mojej pamięci. W trakcie podróży poznałem wielu niesamowitych ludzi, z niektórymi wspinałem się okazyjnie, z innymi połączyła mnie prawdziwa przyjaźń. Przeprowadziłem też wiele zapadających mi w pamięć dyskusji o życiu i… oczywiście o wspinaniu. Przyszła mi do głowy pewna refleksja dotycząca podejścia do wspinania, choć tak naprawdę można ją przełożyć na wiele innych dziedzin życia.

Squamish, fot. arch. Marcin Wernik
Squamish, fot. arch. Marcin Wernik

Jeżeli myślisz, że NIE DASZ rady to na pewno nie dasz. Ale jak pomyślisz, że DASZ to może się uda, a może nie. MUSISZ SPRÓBOWAĆ.

Nie jestem wybitnym wspinaczem. Mimo, że czasami spotykam się z bardzo pozytywnymi komentarzami, osobiście uważam, że reprezentuję zupełnie przeciętny poziom i nawet moje przejścia w górach nie są niczym wyjątkowym. Nie jestem ani Alexem Honnoldem, ani tym bardziej Colinem Haleyem, jednak zawsze staram się stawiać sobie ambitne, jak na mój poziom wspinaczkowy, cele. Podejmuję skalkulowane ryzyko wierząc w to, że uda mi się dany cel osiągnąć. Oczywiście nie zawsze się to udaje. Czasami się śmieję, że mam na koncie więcej „wycofów”, niż przejść zakończonych sukcesem. Mimo to zawsze próbuję, choć tak jak każdy z nas odczuwam strach, staram się mu nie poddawać i robię wszystko żeby siebie sprawdzić.

Zauważyłem w trakcie tych wspinaczkowych dyskusji, że czasami mimo marzeń i ogromnych chęci, niektórzy nie podejmują nawet prób przełamania tego strachu. Myślą po prostu „to nie dla mnie”, „jestem za słaby/słaba”, „nie dam rady”. Mimo, że przy odrobinie wysiłku mogliby ten cel z pewnością osiągnąć, decydują się jednak pozostać w swojej strefie komfortu. Podam jeden przykład z takiej rozmowy, którą odbyłem w ostatnim czasie. Poznałem grupę Czechów, z której dwójka wybierała się następnego dnia na nietrudną wielowyciągową drogę. Z kontekstu rozmowy wynikało, że jedna z dziewczyn nie dołączy, zapytałem więc dlaczego – droga niedługa i z pewnością mogliby iść we trójkę. Powiedziała, że chciałaby ale „jest za słaba dla nich” i co będzie jak „nie da rady”. Wypytałem ją wiec gdzie się wcześniej wspinała i bez wahania stwierdziłem, że z całą pewnością idąc na drugiego podołałaby tej drodze. Nawet jeżeli będzie musiała w którymś momencie wziąć blok, to przecież nic takiego. Próbowałem ją przekonać, że tak naprawdę wszystko jest wynikiem tylko i wyłącznie ograniczeń w myśleniu, które z pewnością może przełamać. Zaproponowałem też, że w mój dzień restowy możemy iść razem na jakąś łatwą wielowyciągówkę, z opcją wycofania się, jeśli stwierdzi że nie podoła. Jednak ostatecznie nie zdecydowała się podjąć ryzyka, przyjęła postawę „to nie dla mnie”. Oczywiście nie ma w tym nic złego, choć może gdzieś w głębi duszy marzyła, żeby taką wielowyciągówkę przejść, a jedynie strach spowodował, że nie podążyła za realizacją tego marzenia.

Powrot z Moonflower Buttress, fot. arch. Marcin Wernik
Powrot z Moonflower Buttress, fot. arch. Marcin Wernik

Strach jest naturalny. Stojąc przed dużą ścianą, przed trudną dla mnie drogą, przed solówką bez liny, zawsze się boję. Ba, nawet planując wyprawę, boję się jeszcze przed jej rozpoczęciem. Przed wyruszeniem w tą roczną wspinaczkową podróż byłem przerażony, wydawało mi się, że tak dużo spraw mam niedomkniętych. Gdybym tylko mógł ją przesunąć w czasie, być może bym to zrobił. Jednak bilet był kupiony i nie było odwrotu. Po prostu wsiadłem do samolotu i… okazało się, że ten strach był wyolbrzymiony. Podobnie jest ze wspinaniem. Przed wejściem w trudną dla mnie drogę, boję się. Często nie mogę wówczas spać w nocy, zresztą wielu dobrych i znanych mi wspinaczy ma podobnie. Choć po podejściu pod ścianę i wystartowaniu ten strach nagle okazuje się dużo mniejszy, niż był przed rozpoczęciem. Zdarza się, że znika zupełnie.

Czasami w rozmowach walkę z tym strachem porównuję do skoku ze spadochronem. Wiele lat temu ukończyłem taki kurs i kiedy przyszedł czas pierwszego samodzielnego skoku, byłem przerażony. W nocy nie mogłem zupełnie spać. Obowiązkowe przed skokiem badanie wykazało, że mam dosyć wysokie ciśnienie krwi i musiałem lekko przekonywać lekarza, abym mógł wykonać skok. Choć w zasadzie byłaby to świetna wymówka, żeby się poddać. Moje przerażenie rosło z każdą chwilą. Kiedy wsiadałem do samolotu myślałem, że z pewnością będę jedynym, który zadania nie wykona. W momencie kiedy otrzymaliśmy sygnał do przygotowania się do skoku, wszystko wykonywałem automatycznie, totalnie sparaliżowany przez strach. Kiedy przesuwałem się w kierunku drzwi z myślą, że nie ma opcji, żebym wyskoczył, wpadłem na myśl aby nie patrzeć na zewnątrz, bo wtedy na pewno ten strach mnie pokona. Patrzyłem na kierownika dającego znak do skoku i kiedy ten znak otrzymałem…
po prostu skoczyłem. Potem już wszystko działo się automatycznie. W całej tej historii miałem wiele możliwości, żeby się poddać. Mogłem nie pojechać na lotnisko, mogłem nie przekonywać lekarza lub też znaleźć wiele innych wymówek. Ale wtedy nie doświadczyłbym tego wspaniałego uczucia, przede wszystkim przełamania swojego strachu. Analogicznie jest ze wspinaniem. Mimo strachu trzeba postawić sobie cel i krok po kroku iść w kierunku jego realizacji. W pewnym momencie wszystko zacznie się dziać automatycznie.

Joshua Tree, fot. arch. Marcin Wernik
Joshua Tree, fot. arch. Marcin Wernik

W trakcie tej długiej podróży wiele osób mówiło mi, że chciałoby przejść tą konkretną drogę, lub też ją poprowadzić, czy też pojechać na Alaskę lub inny rejon. Jednak zawsze znajdowali jakąś wymówkę, najczęściej taką, że nie są wystarczająco przygotowani lub doświadczeni. Wypytując o to co robili wcześniej, często stwierdzałem, że cel byłby z pewnością w ich zasięgu. Nie raz widziałem, że za tym wszystkim stoi po prostu strach. Czasami udało mi się kogoś namówić do podjęcia próby, czasami nie. Tym tekstem chciałbym spróbować zmotywować właśnie Ciebie.

Miej marzenia i podążaj za nimi! Nie pozwól by strach Cię paraliżował! Podejmuj ryzyko, a zobaczysz, że wszystko jest możliwe!

Marcin Wernik



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *