Trekking do Torres del Avellano miał być dla mnie spotkaniem z jednym z najlepiej skrywanych sekretów chilijskiej Patagonii. Wyruszyłam tropem opowieści o granitowych wieżach ukrytych w górach regionu Aysén. Zamiast wymarzonego widoku dostałam jednak lekcję pokory, spotkanie z niezwykłymi ludźmi i przypomnienie, że najcenniejsze doświadczenia często rodzą się wtedy, gdy rzeczy nie idą zgodnie z planem. Wróciłam z historią, która być może mówi o Patagonii znacznie więcej niż kolejne zdjęcie spektakularnego krajobrazu.
Gdy słyszymy hasło „trekking w Patagonii”, zwykle wyobrażamy sobie najbardziej rozpoznawalne symbole tej krainy: monumentalne wieże Torres del Paine (to po jej stronie chilijskiej) oraz strzeliste sylwetki Cerro Torre i Fitz Roya (to po argentyńskiej). Przed oczami stają nam obrazy intensywnie turkusowych jezior i rzek, labiryntu wysp i kanałów, schodzących do fiordów lodowców, czy smaganych patagońskim wiatrem lasów lenga. Widzimy setki kilometrów legendarnych dróg, przecinających niczym kręgosłup z północy na południe całą krainę – chilijskiej Carretera Austral i argentyńskiej Ruta 40 – dróg, które dla wielu podróżników stały się synonimem przygody na krańcu świata.
Patagonia to jednak znacznie więcej niż jej najbardziej rozpoznawalne pocztówkowe widoki. To kraina ogromnych i zróżnicowanych przestrzeni – od stepów, gdzie niebo zdaje się nigdy i nigdzie nie kończyć, po górskie krajobrazy jakby wyjęte z naszych rodzimych Beskidów. Mimo ogromnej popularności regionu i setek tysięcy odwiedzających każdego roku najbardziej znane parki narodowe (Park Narodowy Torres del Paine w Chile odwiedza rocznie ponad 300 tysięcy osób, a Park Narodowy Los Glaciares w Argentynie nawet 800 tysięcy) nadal istnieją tu miejsca, które słabo znają nawet miejscowi. Perełki, które nie ustępują swym pięknym tak dobrze już znanym ikonom Patagonii. Jedną z takich perełek są Torres del Avellano.
Torres del Avellano (fot. Guías del Avellano)
Torres del Avellano to granitowy masyw wznoszący się na północ od jeziora General Carrera, w regionie Aysén w chilijskiej Patagonii. Aysén, trzeci co do wielkości spośród szesnastu regionów Chile, z każdym kolejnym rokiem przyciąga coraz większą liczbę turystów. Do jego najpopularniejszych atrakcji należą marmurowe jaskinie Cuevas de Mármol, wyrzeźbione przez wody największego w Patagonii i jednocześnie najgłębszego w całej Ameryce Południowej jeziora – Lago General Carrera (po stronie argentyńskiej znanego jako Lago Buenos Aires), spektakularny lodowiec San Rafael, słynący z widowiskowego cielenia, Park Narodowy Queulat z majestatycznie wiszącym na skraju urwiska lodowcem o tej samej nazwie, czy w końcu rozciągający się na ogromnym obszarze Chile i Argentyny i zachwycający swoją różnorodnością Park Narodowy Patagonii. Coraz więcej miłośników trekkingu przyciąga również Park Narodowy Cerro Castillo, z przepięknym skalistym masywem o tej samej nazwie. Ponad pięćdziesięciokilometrowa pętla Las Horquetas według wielu osób oferuje widoki dorównujące, a nawet przewyższające te z Torres del Paine, stanowiąc jednocześnie autentyczne patagońskie wyzwanie trekkingowe.
Region Aysén to jednak znacznie więcej niż tych kilka wspomnianych atrakcji, rozciągających się wzdłuż setek kilometrów Carretera Austral. To wydaje się niezliczona niemal liczba mniejszych i większych cudów natury, do których dotarcie jest być może nieco trudniejsze, ale których piękno wynagradza wszelki wysiłek i wszelkie trudności. Jednym z takich miejsc jest właśnie Sierra del Avellano – wciąż pozostająca w cieniu słynniejszych patagońskich ikon, choć pod względem urody w niczym im nie ustępująca.
Widok ze szlaku do Torres del Avellano (fot. Ewa Orzeszko)
O trekkingu do Torres del Avellano usłyszałam po raz pierwszy kilka miesięcy temu. Jeden z chilijskich portali opisywał go jako kolejny cud Patagonii – miejsce wciąż mało znane, a jednocześnie zachwycające surowym pięknem, sytuującym się gdzieś pomiędzy Torres del Paine a Dientes de Navarino. Ponieważ miałam już za sobą trekkingi do obu tych miejsc, bez wahania dopisałam Torres del Avellano do listy celów mojej kolejnej, piątej już podróży do Chile.
Lektura dostępnych relacji i opisów nie pozostawiała złudzeń: choć trasa[1] nie wymaga umiejętności wspinaczkowych ani specjalistycznego sprzętu, nie należy do łatwych. Problemem nie są techniczne trudności, lecz brak oznakowania, infrastruktury i zasięgu telefonii komórkowej. Co więcej, w praktyce trudno mówić tu o szlaku w tradycyjnym znaczeniu tego słowa – przez znaczną część trasy trzeba samodzielnie odnajdywać właściwy kierunek marszu. W efekcie trekking liczący zaledwie 42 kilometry okazuje się znacznie bardziej wymagający, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Pewnym wyzwaniem jest również logistyka. Formalnie trasa rozpoczyna się w położonej na północnym brzegu jeziora General Carrera niewielkiej miejscowości Bahía Murta, dokąd nie dociera regularna komunikacja autobusowa. Pozostaje więc własny samochód lub – na szczęście bardzo dobrze funkcjonujący w tej części Patagonii – autostop.
Podczas internetowych poszukiwań informacji o Torres del Avellano natrafiłam na stronę oferującą wyprawy z przewodnikiem. Zwykle unikam tego rodzaju usług, bo moje doświadczenie trekkingowe solo jest już na tyle duże, że na szlakach (a także poza nimi) czuję się wystarczająco pewnie i zwyczajnie nie czuję potrzeby korzystania z pomocy innych. Jednak firma, na którą natrafiłam – Guías del Avellano – nie przypominała typowego operatora turystycznego, jakich pełno w Patagonii. To dwóch młodych chłopaków z Bahía Murta – Vicente i Andrés – którzy najpierw sami odkryli niezwykłe walory swojej okolicy, a później, po ukończeniu odpowiednich studiów i szkoleń, postanowili dzielić się nią z innymi. I robią to (przynajmniej na razie) jako jedyni.
To właśnie dzięki nim trekking do Torres del Avellano w ogóle istnieje. To oni wymyślili ten szlak i swoją ciężką pracą de facto go stworzyli – przez lata poznawali teren i wyznaczali przebieg przejścia, a dziś prowadzą tam niewielkie grupy turystów. Tak bardzo jak zafascynowało mnie samo istnienie Torres del Avellano, tak blisko największych atrakcji Aysén, a jednocześnie miejsca niemal nieobecnego na turystycznej mapie Patagonii, tak także zainteresowała mnie historia Vicente i Andrésa oraz ich przywiązania do rodzinnej ziemi. Ostatecznie postanowiłam dołączyć do jednej z prowadzonych przez nich grup i zobaczyć Torres del Avellano oczami ludzi, którzy znają ten zakątek świata lepiej niż ktokolwiek inny.
Widok ze szlaku do Torres del Avellano (fot. Ewa Orzeszko)
O Torres del Avellano przez wiele lat wiedzieli głównie lokalni gauchos, wypasający bydło na łagodnych stokach okolicznych gór. Jednym z nich był ojciec Andrésa, do rodziny którego należy część terenów, przez które dziś prowadzi trekking. Opowieści ojca i innych gauchos zainspirowały Andrésa i jego kolegów z Bahía Murta do eksploracji okolic, które od pokoleń pozostawały niemal nieznane światu. Surowe granitowe ściany, wyrastające ponad doliny i lasy zrobiły na nich tak ogromne wrażenie, że dwóch z nich postanowiło związać z tym krajobrazem swoją zawodową przyszłość. Andrés i Vicente razem zaczęli przecierać szlak, dogłębnie poznawać teren i prowadzić pierwsze wyprawy. Tak narodzili się Guías del Avellano – inicjatywa, która nie tylko pokazuje turystom piękno Sierra de Avellano, ale także przywraca to miejsce do świadomości mieszkańców okolicy i podróżników z całego świata.
Liczący 42 kilometry trekking rozpoczyna się tuż za ostatnimi zabudowaniami Bahía Murta. Trasa nie przebiega przez teren parku narodowego i nie są wymagane żadne oficjalne pozwolenia czy opłaty. Osobom planującym samodzielną wędrówkę zaleca się jednak wcześniejszy kontakt z Guías del Avellano i poinformowanie o swoich planach. Ma to znaczenie zarówno ze względów bezpieczeństwa (przez zdecydowaną większość trasy nie ma zasięgu telefonii komórkowej), jak i z szacunku dla lokalnej społeczności. Jedyne wyznaczone miejsce biwakowe znajduje się bowiem na prywatnych terenach należących do rodziny Andrésa.
Sugerowane jest rozłożenie całej trasy (Bahía Murta – Torres del Avellano – Bahía Murta) na trzy dni. Pierwszy etap, liczący około 16 kilometrów, prowadzi do prostej bazy, gdzie można rozbić namiot. Drugiego dnia, już na lekko, pokonuje się około 10 kilometrów, wędrując pod same wieże i wracając na noc do obozu. Ostatni dzień to powrót do Bahía Murta tą samą drogą, co dnia pierwszego – kolejne 16 kilometrów marszu.
Choć dystans nie wydaje się imponujący, to nie należy go lekceważyć. Brak oznakowanego szlaku, konieczność przedzierania się przez las i przekraczania licznych strumieni oraz potencjalnie zmienna pogoda sprawiają, że przejście wymaga dobrej orientacji w terenie i doświadczenia w górskich wędrówkach. Wymaga też niezawodnego sprzętu. Mnie w całej tegorocznej trzymiesięcznej wyprawie towarzyszył plecak Gregory Deva, który dzielnie znosił wszystko to, co Patagonia ma najlepszego do zaoferowania: wiatr, deszcz, kurz i niekończące się kilometry szlaków. Z ulgą (głównie dla moich pleców) stwierdzam, że świetnie zdał ten patagoński test. To plecak stworzony z myślą o wielodniowych trekkingach: dopasowany do kobiecej sylwetki komfortowy system nośny dobrze radził sobie z ciężkim bagażem, a przemyślana organizacja kieszeni ułatwiała dostęp do sprzętu podczas marszu i nagłych zmian pogody.
W wyprawie towarzyszył mi plecak Gregory Deva (fot. Marcial Letelier)
Początek trekkingu nie zapowiada wyzwań. Szeroka ścieżka prowadzi przez tereny wykorzystywane przez miejscowych między innymi do wypasu bydła. Z czasem szlak zagłębia się w gęsty las, poprzecinany niezliczonymi strumieniami, podczas gdy gdzieś w dole nieustannie słychać szum rwącej rzeki. Wielokrotne przekraczanie rzek i strumyków jest zresztą jednym ze znaków firmowych Torres del Avellano. Kulminacją pierwszego dnia jest przejście przez prowizoryczny most zawieszony nad rzeką. Po jego drugiej stronie znajduje się baza – rozległa polana oferująca sporo miejsca pod namioty i wyposażona w proste, ale niezwykle cenne w patagońskim klimacie palenisko. Droga pod same wieże prowadzi przez pełen błota (to kolejny znak firmowy tego szlaku) las, okresowo schodząc do rzeki. Ostatni odcinek jest najbardziej wymagający: najpierw bardzo strome, ubezpieczone linami podejście wśród drzew, a w końcowym odcinku trawers kamiennego zbocza. Nagrodą za ten wysiłek jest widok majestatycznych granitowych wież i położonych u ich stóp polodowcowych jezior o intensywnie turkusowej barwie.
Przynajmniej tak wynika ze zdjęć. Bo ja pod Torres del Avellano nie dotarłam…
Most prowadzący do bazy (fot. Guías del Avellano)
Zmienność pogody w Patagonii jest już legendarna. W ciągu moich pięciu podróży i w sumie ponad 8 miesięcy spędzonych w tej części świata wielokrotnie jej doświadczałam, przekonując się, że prognozy należy tu traktować raczej jako luźną sugestię niż wiążącą zapowiedź przyszłości. Porywisty wiatr pojawiający się jakby znikąd, śnieżyca w środku lata czy gwałtowne załamanie pogody w ciągu kilkunastu minut to niemal patagoński standard. Tym razem padło na ulewny deszcz, i to niestety w najgorszym możliwym momencie – w końcowym odcinku podejścia pod Torres del Avellano. Prognozy na ten dzień zapowiadały jedynie przelotne, niewielkie opady, ale rzeczywistość szybko zweryfikowała te przewidywania. Strome leśne podejście w krótkim czasie zamieniło się w jedno wielkie błoto. Do ulewnego deszczu dołączył silny wiatr, a temperatura zaczęła gwałtownie spadać. W takich warunkach perspektywa trawersowania odsłoniętego granitowego zbocza stała się zwyczajnie zbyt niebezpieczna. Vicente i Andrés podjęli decyzję o odwrocie. Nie była ona łatwa, bo cel był już naprawdę blisko, ale była w tamtym momencie jedyną rozsądną. W ciągu kilkudziesięciu minut szlak zamienił się w błotnistą rzekę i bez ubezpieczających go lin zejście byłoby naprawdę karkołomne. Strumienie, które wcześniej przekraczaliśmy suchą stopą, gwałtownie wezbrały i zmieniły się w rwące rzeki. Do bazy wróciliśmy kompletnie przemoczeni i zmarznięci. W takich chwilach szybko okazuje się, które elementy wyposażenia rzeczywiście zdają egzamin. Mimo wielogodzinnej ulewy cały mój ekwipunek schowany w Gregory Deva pozostał suchy, co w perspektywie chłodnej nocy pod namiotem miało znaczenie nie tylko dla komfortu, ale i bezpieczeństwa.
Szlak do Torres del Avellano (fot. Guías del Avellano)
Choć prognozy na kolejny dzień wyglądały znacznie lepiej, to szanse na to, że szlak magicznie wyschnie przez noc, a poziom rzek opadnie, były praktycznie zerowe. Po długich rozmowach i analizowaniu różnych scenariuszy podjęliśmy decyzję o powrocie następnego ranka do Bahía Murta.
Każdy, kto kiedykolwiek musiał zawrócić ze szlaku zna zapewne towarzyszące temu uczucia rozczarowania, niedosytu czy frustracji. Zwłaszcza gdy cel był na wyciągnięcie ręki, a dotarcie do niego wymagało mnóstwo czasu i niemałych wydatków. Mimo tego oczywistego rozczarowania, podjęcia tej próby nie żałuję. Zobaczyłam kolejny niezwykły kawałek mojej ukochanej Patagonii. Poznałam fantastycznych ludzi (moją trekkingową grupę tworzyło, oprócz dwóch przewodników, jeszcze siedem osób z różnych części Chile), którzy potrafili odłożyć na bok własne ambicje i wspólnie podjąć decyzję najlepszą dla całej grupy. Dzięki Vicente i Andrésowi poznałam nie tylko historię Torres del Avellano, ale także lokalną kulturę i codzienność mieszkańców Bahía Murta. Na chwilę stałam się częścią tej społeczności. Społeczności, w której rodzice Andrésa zapraszają cię do swojego domu na śniadania, a jego mama częstuje własnoręcznie przygotowanym dulce de leche. W której niewielki lokalny bar otwiera się specjalnie dla grupy wracającej ze szlaku i serwuje pyszne burgery i lokalne piwo. W której mieszkańcy autentycznie cieszą się z tego, że ktoś przyjechał poznać ich kawałek świata.
Szlak do Torres del Avellano (fot. Ewa Orzeszko)
I właśnie to jest dla mnie prawdziwa esencja trekkingu w Patagonii. Nie kolekcjonowanie kolejnych „must-see”, nie pogoń za idealnym zdjęciem i nie rezerwowanie miejsc na kempingach z wielomiesięcznym wyprzedzeniem. To dzika przyroda, lokalna historia i kultura istniejące obok siebie w naturalnej równowadze. To spotkanie z miejscem i ludźmi, którzy je tworzą. To podróżowanie, w którym równie ważne jak osiągnięcie celu jest wszystko to, czego doświadcza się po drodze. A czasem nawet ważniejsze.
Torres del Avellano nie pozwoliły mi się tym razem zobaczyć. Paradoksalnie jednak mam poczucie, że doświadczyłam dokładnie tego, po co podróżuję do Patagonii od lat. Doświadczenie miejsca, które wciąż żyje własnym rytmem. Poznanie ludzi, którzy z pasją i szacunkiem opowiadają o swoim kawałku świata. I zanurzenie w przyrodzie, która nie przejmuje się naszymi planami, marzeniami ani rezerwacjami. Patagonia po raz kolejny przypomniała mi, że najcenniejsze podróże nie zawsze kończą się tam, gdzie zamierzaliśmy dojść. A jeśli po drodze spotka się ludzi takich jak Vicente i Andrés oraz odkryje kawałek świata, który wciąż pozostaje dziewiczo piękny, trudno uznać taką wyprawę za porażkę.
W wyprawie towarzyszył mi plecak Gregory Deva (fot. Marcial Letelier)
Wywiad z Vicente Rojasem i Andrésem Agüero z Guías del Avellano
(realizacja wywiadu i tłumaczenie z języka hiszpańskiego: Ewa Orzeszko)
Kiedy rozpoczęła się Wasza przygoda z Torres del Avellano?
Vicente: Wszystko zaczęło się za sprawą dwójki przyjaciół z naszej miejscowości. Pewnego dnia Guillermo i Araceli wrócili z wyprawy z wiadomością, której nie mogliśmy zignorować: mniej niż 20 kilometrów od naszego domu znajdowało się jedno z najbardziej imponujących miejsc w regionie Aysén, a prawie nikt o nim nie wiedział. Zaprosili nas na wspólne wyjście, a to, co zobaczyliśmy, odebrało nam mowę. Granitowe wieże wznoszące się nad całkowicie odludnym krajobrazem, dziewicza natura, cisza, która w Patagonii ma swój własny ciężar. Jakiś czas później Andrés i ja spotkaliśmy się ponownie na studiach z zakresu turystyki przyrodniczej na uniwersytecie w Coyhaique. Każdy z nas już wcześniej myślał o Torres del Avellano, a kiedy zaczęliśmy rozmawiać o potencjalnych wspólnych projektach, temat Avellano pojawił się naturalnie. Od początku nie chcieliśmy traktować tego jak biznesu, a raczej jak misję: zabierać ludzi do tego miejsca, robić to dobrze i sprawić, by turystyka stała się prawdziwym pomostem między społecznością Bahía Murta a jej własnym terytorium. Zaczynaliśmy z bardzo niewielkimi środkami. Własny sprzęt, małe grupy, dużo determinacji. Z czasem zdobyliśmy certyfikaty, doświadczenie i lepsze wyposażenie, ale duch pozostał taki sam jak podczas tej pierwszej wyprawy, kiedy nie mogliśmy uwierzyć, że mamy tak niezwykłe miejsce tak blisko domu.
Torres del Avellano (fot. Guías del Avellano)
Dlaczego zdecydowaliście się oferować usługi przewodnickie właśnie tutaj?
Andrés:Bardziej niż przemyślana decyzja była to intuicja, która stopniowo nabierała kształtu. Mieliśmy niesamowite, niemal nieznane miejsce niedaleko naszej społeczności. Jednocześnie widzieliśmy, że pojedyncze osoby, które docierały do Torres del Avellano, robiły to bez żadnego wsparcia, bez nikogo, kto naprawdę znałby trasę oraz ze szczątkowymi informacjami na temat samego miejsca. Poczuliśmy, że możemy to zmienić i że właściwie zaprojektowana oferta trekkingowa może przynieść pozytywne doświadczenia zarówno dla podróżników, jak i dla społeczności Bahía Murta. Napędza nas możliwość bycia pomostem między podróżnikiem a tym terytorium. To, że ktoś przyjeżdża z dowolnego miejsca na świecie, ufa nam, a potem wraca z doświadczeniem, którego się nie spodziewał – to jest dla nas bezcenne.
W pewnym momencie wszystkie elementy układanki znalazły się na swoim miejscu i uznaliśmy, że nadszedł właściwy czas, by ruszyć z naszą inicjatywą. Zaczęliśmy budować wszystko od zera: od logo firmy, przez planowanie trasy, przepraw przez rzeki, sprzętu i wyżywienia, po określenie docelowej wagi plecaków. Każdy detal został przemyślany tak, by docierający w góry podróżnik mógł skupić się przede wszystkim na czerpaniu przyjemności z wyprawy. Cała reszta to nasza praca.
Vicente Rojas i Andrés Agüero (fot. Guías del Avellano)
Co jest wyjątkowego w Torres del Avellano?
Vicente: W Patagonii trekking można uprawiać w wielu miejscach. Ale Torres del Avellano od pierwszego kroku wydaje się inne. Nie chodzi tylko o to, co widzisz – chodzi też o to, co czujesz. Dźwięk wody towarzyszący ci przez wiele godzin, śpiewające ptaki, przeprawy przez rzeki, błoto pod butami, autentyczne poczucie odkrywania miejsca, które wciąż nie należy do masowej turystyki. Jest w tym prawdziwa przygoda i ciało od razu to czuje.
A potem jest punkt widokowy pod wieżami. Są ludzie, którzy docierają tam i płaczą. To nie przesada – po prostu nagle masz przed sobą tę ogromną górę o formach, których nie potrafisz do końca pojąć, wiatr uderza cię w twarz, słyszysz w tle wodę, czasem pojawiają się szybujące kondory albo dochodzi odległy dźwięk poruszającego się lodowca. To ogrom, który nie mieści się w oczach.
Wchodziłem tam ponad dwadzieścia razy i za każdym razem jest inaczej. Zawsze pojawia się coś nowego: detal, którego wcześniej nie zauważyłem, inne światło, osoba przeżywająca to miejsce w sposób, który znowu robi na mnie wrażenie. Właśnie to ma w sobie Torres del Avellano – nigdy się nie wyczerpuje.
Jakie jest zainteresowanie waszymi usługami? Ile osób rocznie przechodzi ten szlak?
Andrés:To, co najbardziej cenią podróżnicy wybierający wyprawę z nami, to bezpieczeństwo, wsparcie i spokój wynikający z obecności kogoś, kto naprawdę zna teren – szlak, przeprawy rzeczne, przyrodę tego obszaru i historie związane z tym miejscem. Torres del Avellano nie jest trasą w pełni oznakowaną, dlatego przewodnik robi ogromną różnicę w całym doświadczeniu.
W ciągu trzech lat poprowadziliśmy ponad 100 osób, a zainteresowanie rośnie z każdym sezonem. Ludzie trafiają do nas głównie przez stronę internetową, media społecznościowe, wyszukiwarki i rekomendacje osób, które już przeszły tę trasę – a to chyba najbardziej szczery dowód na to, że robimy coś dobrze.
W tym sezonie – od listopada 2025 do marca 2026 – odnotowaliśmy około 200 osób docierających do Torres del Avellano. Jeszcze trzy lata temu taka liczba była nie do pomyślenia i pokazuje, że ten region zaczyna pojawiać się na radarze podróżników szukających czegoś poza klasycznymi trasami Patagonii.
Jaki jest profil turystyczny backpackerów? Dominują Chilijczycy czy cudzoziemcy?
Andrés:To ludzie szukający czegoś innego, czegoś więcej. Nie klasycznego szlaku po Patagonii, lecz autentycznego doświadczenia, miejsca, którego jeszcze nie opisano we wszystkich przewodnikach, gdzie natura nie została podporządkowana turystyce. To bardzo dobrze definiuje osoby przyjeżdżające do Torres del Avellano.
Prowadziliśmy osoby od 16 do 65 roku życia, co wiele mówi o samej trasie. Jest wymagająca, z trudnym terenem, stromymi podejściami i przeprawami przez rzeki, ale nie jest przeznaczona wyłącznie dla osób o określonej kondycji fizycznej. Wszystkich łączy gotowość do zmierzenia się z czymś prawdziwym.
Na razie większość stanowią Chilijczycy, głównie z dużych miast, którzy odkrywają ten region przez Internet albo dzięki rekomendacjom. Ale z każdym sezonem przybywa obcokrajowców. Prowadziliśmy już osoby z Hiszpanii, Anglii czy Polski – podróżników, którzy poszukują wyzwań, schodzą z utartych szlaków i znajdują Torres del Avellano właśnie dlatego, że szukają czegoś, czego inni jeszcze nie odkryli. To właśnie ten typ podróżnika najbardziej docenia to miejsce i najlepiej je rozumie.
Baza (fot. Guías del Avellano)
Jakie są wasze marzenia i cele związane z tym miejscem?
Vicente: To miejsce się rozwija i ten proces się nie zatrzyma. Wiemy o tym i czujemy też ogromną odpowiedzialność: byliśmy pierwszymi osobami, które zaczęły promować Torres del Avellano, a to zobowiązuje nas do dbania o nie.
To, co chcemy tutaj stworzyć, nie jest biznesem nastawionym na masowość. Chcemy rozwijać model zrównoważonej turystyki, w którym balans między turystyką, przyrodą i lokalną gospodarką nie będzie pustym hasłem, lecz realnym sposobem działania. Oznacza to ograniczoną liczbę odwiedzających, infrastrukturę chroniącą teren oraz rozwój, który nie zniszczy tego, co czyni to miejsce wyjątkowym.
Andrés:Chcemy również oddać szacunek lokalnemu dziedzictwu kulturowemu. Poganiacze bydła i gauchos, którzy przemierzają ten region od ponad 60 lat, są częścią historii Torres del Avellano i ta historia zasługuje na opowiadanie i zachowanie. Pracujemy również nad poprawą warunków w bazie, stałymi naprawami mostów oraz lepszym oznakowaniem i ubezpieczeniem najbardziej wymagających fragmentów szlaku. Zamontowaliśmy już liny i konstrukcje wspomagające, ale wciąż wiele pozostaje do zrobienia. Każde ulepszenie jest sposobem troski zarówno o podróżników, jak i o samo miejsce.
W przyszłości widzimy siebie jako strażników tego kawałka ziemi. Chcemy, by społeczność Bahía Murta czynnie uczestniczyła w rozwoju turystyki i czerpała z niej korzyści, by powstawały nowe możliwości ekonomiczne dla lokalnych mieszkańców, a Torres del Avellano pozostało tym, czym jest dziś – imponującym, odludnym i autentycznym miejscem, a nie kolejnym masowym kierunkiem turystycznym w Patagonii.
Vicente: To jest nasze marzenie: prowadzić turystów tą trasą z takim samym zaangażowaniem jak pierwszego dnia oraz pozostawić to miejsce w lepszym stanie, niż je zastaliśmy.
Kontakt do przewodników dostępny w opisie.
Torres del Avellano (fot. Guías del Avellano)
[1] Aktualnie do Torres del Avellano wiodą dwie trasy: Ruta Sur (z Bahía Murta, ok. 42 km) i znacznie mniej uczęszczana Ruta Norte (z Villa Cerro Castillo, ok. 80 km).
Strona internetowa przewodników: www.guiasdelavellano.com
Profile w mediach społecznościowych:
- Przewodnicy – FB/IG: guiasdelavellano
- Autorka – IG: tostakys
Model plecaka towarzyszący autorce: Gregory Deva 70L











