Przede wszystkim trzeba mieć oko na krowy. Krowy, uważam że są nieprzewidywalne. Gruzińscy kierowcy są innego zdania i mijają na centymetry wszystkie te bez strachu spacerujące środkiem ulicy. Ja tam im nie ufam, albo może nie poznałam tak dobrze krowiej psychiki. W każdym razie omijam je szerokim łukiem. Dlatego kiedy wjeżdżamy na teren wioski, pomimo zmęczenia, moje skupienie wzrasta. Jeden slalom między wiejskimi krowami i kilka ominiętych kur dalej odpinamy narty w centrum wioski Tschumari, gdzie kończymy kolejny dzień. Zjazd spod przełęczy Cziżdzi był dziś czystą przyjemnością. Z daleka widzimy Giorgiego, wypatruje nas. Zna tu każdy kamień, urodził się i wychował na zboczach Laili (4008m.) Od lat prowadzi turystów na szczyt. Stoi oparty o drewniany płot, chroniący jego podwórko przed wszędobylskimi krowami. Jak zawsze w kaszkiecie. Macha do nas i chwilę później siedzimy wszyscy na tarasie jego domu. Patrzymy na jeden z najpiękniejszych i najbardziej majestatycznych gruzińskich szczytów – Uszbę,…