Jest lipiec, a ja ląduje w Almatach o godzinie piątej rano. Zdawałoby się idealnie – mam cały piękny dzień na rozeznanie w mieście. Owszem, gdyby nie fakt, iż dla mnie jest to pierwsza w nocy i na razie jedyne o czym marzę, to sen. Lekko otumaniony wychodzę z terminala z zamiarem znalezienia taniego transportu do centrum. Szybko zostaję klasycznie osaczony przez grupę „majfrendów” taksówkarzy i po kilku odgrzewanych ruskich „nie, dziękuję”, kapituluję i siadam z przodu z kierowcą imieniem Keirat. Stawka to znośne 4000 Tenge, czyli około 40zł, ale oczywiście z dźwignią w postaci dwóch lokalnych pasażerów na tylnej kanapie, którzy płacą po tysiaku. Jak się później dowiem, był to mój najdroższy przejazd w Kazachstanie, a dzielenie osobówki na ośmioro, to tutaj sport narodowy. W położonych u podnóża gór Almatach spędzam w sumie 3 dni głównie dlatego, że poznaję tutejszego wspinaczkowego guru – Rinata, który kazachskim zwyczajem od razu zaprasza…