Do widoku ciemnoniebieskiej wody, okalającej ośnieżone szczyty, można się przyzwyczaić. Pustka w rozległym terenie też powoli przestaje zadziwiać. Tak samo, jak poranne mgły snujące się nad fiordami i powroty z gór wieczorową porą. Czy na pewno?

     Kolastinden, 1432 m n.p.m., Alpy Sunnmøre

Przed oczami piękna, ośnieżona grań. W pionie to jeszcze może trzysta metrów podejścia. Na szczycie czeka bezbłędny widok na otwarte morze. W drugą stronę zerkamy niecierpliwie na nietknięte białe połacie – na wypadek, gdyby ktoś miał je za chwilę zabrać albo, co gorsza, rozjeździć. Przed nami nikogo, za nami również. Godzina jeszcze wczesna, więc słońce nie zepsuje nadto tego pysznie wyglądającego zjazdu. Ale może by tak jednak już stąd, spod grani, a potem wrócić na szczyt? Zdążymy?

Bierzemy trzy głębokie wdechy i – z lekkim wciąż zniecierpliwieniem – ruszamy na szczyt. Wiosna w Norwegii jest inna, nieco leniwa. Tego próbuję się nauczyć. Nigdzie nie trzeba jechać, bo gór jest do woli. Tuż nad poziomem morza.

Hygge w outdoorze

     Saudehornet, 1303 m n.pm., Alpy Sunnmøre

Jest pogodna niedziela, przedpołudnie. Coraz mocniejsze, wiosenne słońce powoli, ale skutecznie, wytapia śnieg na drewnianym ganku niewielkiego domu. Takiego w kolorze czerwieni faluńskiej, jakie znamy z najbardziej klasycznych skandynawskich obrazków. Z obowiązkowym widokiem na fiord.

Dzień jest idealny, by Kjell mógł wyjść na niewielki, ośnieżony pagórek za domem. Zwykle, przy ładnej pogodzie lubi przysiadać tam na godzinę, czy dwie, by przeczytać kilka rozdziałów najnowszej, spośród swoich ulubionych powieści Jo Nesbø. Podobno dla Norwega to też aktywność outdoorowa. Dalej, w głąb doliny, da się podejść już tylko na nartach. Jest nawet zakaz wjazdu, ale do jego przestrzegania nie trzeba nikogo szczególnie przekonywać. Spod śniegu wystaje tylko górna część drogowej tabliczki, świadcząc o tym, że śnieżna pokrywa na długo jeszcze zostanie.

Banalny stereotyp? Nie zupełnie. Takich obrazków w Norwegii naoglądaliśmy się sporo. Tu wszystko jest jakby spokojniejsze, naturalniejsze. Norwegowie nie muszą. Oni mogą.

To wszystko, co u przyjezdnego narciarza powoduje, że zaczynamy się zachowywać, jak lekko opętani – tu pójść; tam zjechać; ile śniegu!; a może jeszcze na drugą stronę fiordu popłyńmy! – tu jest elementem normalności. Takie outdoorowe hygge. Skandynawska filozofia odnajdywania przyjemności w prostych, codziennych czynnościach, doskonale oddaje, w jakiej atmosferze uprawia się tu narciarstwo.

Śnieg do wyrzucenia

     Kraków, 14.03.2020

W połowie marca, już po raz trzeci, miałam być w drodze do Norwegii. Tym razem w planach mieliśmy dwa tygodnie skiturowego eksplorowania malowniczej wyspy Senja. Co stało się zamiast, opisywać nie muszę.

Epidemia zbiegła się na północy Norwegii z potężnymi opadami śniegu. Siedząc, wbrew planom i wszelkiej ochocie, w krakowskim mieszkaniu, słucham o tym, jak w Tromso tony śniegu są wywożone do morza, jak – ze względu na lock down – brakuje ludzi do odśnieżania ulic. Nie wiadomo, co z tymi ogromnymi zaspami zrobić. W żołądku aż skręca. Tyle śniegu się marnuje! Ah, co my byśmy z nim, tam w górach, robili…

Epidemia pokazała, jakim problemem dla Norwegów, archetypowego narciarskiego narodu, stało się odcięcie od gór. Pandemia odebrała możliwość wyjazdu do ich górskich daczy –najbardziej naturalny sposób na odpoczynek. Cytując nieco ironicznego grafika Kristiana Finboruda, dla przeciętnego Norwega, idealna wycieczka narciarska wyglądałaby tak: „całkowicie płasko, całkowicie biało i bardzo daleko”[1]. Dla przeciętnego obcokrajowca – nie do pomyślenia! – tyle gór przecież.

Dwa lata wcześniej, wiosenną porą, wychodziliśmy z portu w miejscowości Orsta, na przepiękny wierzchołek Saudehornet. Południowy szczyt (tak dosłownie można przetłumaczyć nazwę) był idealnym celem w słoneczny dzień. Czekał nas długi, dość stromy i cudowny widokowo zjazd. Na podejściu, wypatrzyliśmy dużą grupę ludzi, wychodzącą na sąsiednią, niewysoką kopkę. Później na dłuższy czas zniknęli. W czasie gdy my, robiąc coraz gęstsze zakosy, wdrapywaliśmy się na szczyt, Norwegowie rozłożyli się wygodnie na słonecznym plateau, pozdejmowali kurtki, powyciągali książki i termosy. Korzystali ze słonecznej soboty.

Puch z solą

      Kippeldalsfjellet, 1320 m n.p.m., Kafjord

Na dole ciepły prąd od morza powoduje, że śnieg robi się ciężki. Trzeba nauczyć się manewrować w tej betonującej brei. O tym, że niełatwe to przeżycie, nie tylko dla kolan, ale też dla samych nart, przypomina jeszcze długo wyłażąca z krawędzi rdza. Rodzajów śniegu jest tu na szczęście więcej, te najlepsze – niczym wisienka – przeważnie tuż pod szczytem.

Skiturowanie w Norwegii jest, jak ciągnięcie codziennie losu ze szklanej kuli. To jedyne miejsce, w którym doświadczyłam sześciu różnych wariantów pogodowych w pół godziny. Nigdzie indziej nie dopadła mnie też choroba morska… na nartach.

Od prawie godziny pływamy po fiordzie, szukając dobrego miejsca do zacumowania. Nagle robi się ponuro i śnieg zaczyna sypać rzęsiście. Cóż za wspaniała pogoda na rozpoczynanie podejścia na fokach! Nim zdążymy jednak dopłynąć do pirsa, na niebie pojawia się piękne słońce. Nie na długo, bo podczas cumowania wracają opady. Ostatecznie niebo zasnuwa się równomiernie chmurami. Śnieg ustaje. Nie jest źle, choć wspaniałych widoków chyba nie będzie nam dane tym razem oglądać.

Podejście na szczyt można określić jednym słowem: biało. Rozległy, idealnie pokryty śniegiem stok, zlewa się z biało-szarawym niebem i schowaną pod mgłami taflą fiordu. Nagle czuję, jak narty zaczynają mi się osuwać, żołądek podchodzi do gardła, a głowa traci punkt odniesienia. Jakby ktoś podniósł mnie do góry, okręcił parę razy i odstawił na śnieg. Próbuję iść powoli w górę, ale organizm się buntuje. Z opóźnieniem czuję efekty wcześniejszego morskiego bujania.

Trochę lepiej jest, gdy udaje mi się wreszcie dowlec na szczytową grań. Chmury podnoszą się nieco, odsłaniając granatową taflę wody pod nami i dając błędnikowi ulgę. Już po pierwszym skręcie wiem też, jak bardzo opłaciły się męki na podejściu.

Śnieg jest wspaniały, głęboki, sypki, czego zupełnie się w tym miejscu nie spodziewaliśmy. Wsypuje się za kołnierz, tworzy gęste pióropusze, tryskające spod nart. Całkiem podoba mi się to norweskie niezdecydowanie.

Pustka absolutna

      Slogen, 1564 m n.p.m., Alpy Sunnmøre

Około 35-kilometrowy Hjørundfjord wdziera się między surowe i dzikie góry. Z niemal każdej doliny można pójść w prawo, w lewo, na wschód, na zachód, wybierać do woli spośród niekończących się pasm solidnie zaśnieżonych szczytów.

Odkąd tydzień wcześniej wypłynęliśmy z niewielkiego portu Brosundet w Ålesund, na najpopularniejszych górskich szczytach, nie spotkaliśmy prawie nikogo. Ogrom gór sprawia, że narciarze znikają. Tu i ówdzie można znaleźć ślady sprzed kilku dni, a w sieci dowody w postaci relacji i zdjęć, w terenie – wszechobecna pustka. Jeśli już spotkasz kogoś na nartach, na pewno będzie to jakiś napalony obcokrajowiec. Jest połowa kwietnia. Norweskie śladówki już dawno stoją dobrze zabezpieczone w garażach.

Pogoda nie jest ewidentna. Od momentu, gdy wyruszyliśmy z Oye w kierunku szczytu Slogen, nie mam przekonania, czy podejście ma sens. W połowie drogi docieramy na plateau, na którym powinno znajdować się schronisko Patchellhytta.

Jest. Ciemnozielony, drewniany dom, pośród wielkich, śnieżnych zasp, nie wygląda jednak na tętniący życiem. Drzwi otwarte. W norweskich schroniskach panuje samoobsługa. Przy drzwiach wisi cennik, gigantyczna spiżarka jest pełna długoterminowej żywności. Przy kominku równiutko ułożone drewno.

Rozpalamy ogień, wyciągamy gitarę. Nagle w ekipie ujawniają się ukryte muzyczne talenty. Suszymy ubrania po podejściu w śnieżycy. Wybieramy konserwę, z której ugotujemy obiad. Odpuszczamy, cieszymy się prostymi rzeczami. Skandynawskie hygge nabiera sensu – jest tak miło, że aż nie chce się wychodzić na zewnątrz.

Kraina trolli

     Storhornet, 1600 m n.p.m., Alpy Sunnmøre

Mają grubą, zieloną skórę i koślawy, wielki nos. Nie są zbyt inteligentne, za to przeraźliwie złośliwe. Kosmate, zarośnięte gęstymi włosami, są trudne do rozpoznania pośród pokrytych mchem drzew i kamieni.

Uwielbiają lasy, porośnięte gęstą roślinnością górskie zbocza i rozległe lodowce. Podobno dzienne światło zmienia je w kamienie. Nie możecie więc spotkać ich na swojej drodze. Możecie się tylko domyślać, że tu były… Lub są.

Nietrudno sobie wyobrazić, że bajkowy (a przy okazji nieco uciążliwy dla skiturowców) norweski krajobraz to kraina mściwych trolli, opisywanych w skandynawskiej mitologii. Górskie szlaki są tu zdecydowanie bardziej dzikie. Nie zawsze można liczyć na wygodną ścieżkę. Nie raz zdarzyło nam się podchodzić pierwsze dwieście metrów, przedzierając się przez gałęzie, by wreszcie móc założyć narty.

Startujemy prosto z portu w miejscowości Bjorke. Tu nie da się w żaden sposób oszukać – podjechać, wystartować wyżej. Trzeba uczciwie zacząć na zerze i pokonać całe 1600 metrów na szczyt Storhornet. Wyrypa dla wytrwałych. Po czterystu metrach labiryntu – trochę w rakach, trochę na nartach, trochę po krzakach, wchodzimy do doliny Tverrelvdalen. Wokół pokrytego śniegiem stawu Tyssevatnet, piętrzą się najstromsze tereny Alp Sunnmøre. Jest pięknie i dziko. Bezkresna, biała pustka. Wokół żywej duszy. Chyba, że znów kogoś nie dostrzegamy… Odbijamy na południowy-zachód, w kierunku szczytu Storhornet. Tu dopiero zaczyna się prawdziwy marsz w górę.

Ostatnie kilkaset metrów, przez lodowiec, w pełnym słońcu, robi się już nieco żmudne. Staramy się nie zerkać zbyt często na deprymujące liczby na blacie zegarka. Będąc przyzwyczajonym, że po takim podejściu, jest się przynajmniej na trzech tysiącach, wysokość rzędu tych beskidzkich, nieco rozczarowuje.

Morale podnosi, dla równowagi, wysokogórski krajobraz. Za plecami mamy wybitne szczyty Rokkekjerringa, Hornindals i Kvitegga. Wszystkie wyrastają z wody.

Czwarta nad ranem

     Daltinden, 1533 m n.p.m., Alpy Lyngen

Powoli zaczyna zmierzchać. Która to już godzina? Patrzę na zegarek. W pół do trzeciej! Jak my się rano wyzbieramy?!

W lutym tego roku wioska Sommarøy w północnej Norwegii, rozpoczęła kampanię, na rzecz… rezygnacji z czasu. Funkcjonując w specyficznych warunkach, gdy w lecie słońce nie zachodzi, a w zimie nie wschodzi, mieszkańcy postanowili, że życie bez zegarka będzie rozsądniejszym rozwiązaniem.

Póki co, strefy bezczasowej za kołem polarnym się nie doczekaliśmy. Z własnego doświadczenia wiem jednak, że wieczory podczas dnia polarnego niemiłosiernie się przedłużają, poranki robią się leniwe – wiesz, że i tak zdążysz przed zmrokiem, więc po co się spieszyć?

Gdy, po kolejnym pysznym zjeździe w puszystym śniegu i przygodach terenowych – tym razem z przeprawą przez rzekę – wracamy na łódkę o ósmej wieczorem, zaczynam nabierać zrozumienia dla mieszkańców Sommarøy. Dość nietypowa pora, by kończyć turę. Lecz, cóż z tego. Wciąż przecież jest jasno.

Tekst i zdjęcia: Barbara Suchy

[1] Kristian Finborud, “How to ski in Norwegian”, SKALD, 2011.

Comments are closed.