Jest lipiec, a ja ląduje w Almatach o godzinie piątej rano. Zdawałoby się idealnie – mam cały piękny dzień na rozeznanie w mieście. Owszem, gdyby nie fakt, iż dla mnie jest to pierwsza w nocy i na razie jedyne o czym marzę, to sen. Lekko otumaniony wychodzę z terminala z zamiarem znalezienia taniego transportu do centrum. Szybko zostaję klasycznie osaczony przez grupę „majfrendów” taksówkarzy i po kilku odgrzewanych ruskich „nie, dziękuję”, kapituluję i siadam z przodu z kierowcą imieniem Keirat. Stawka to znośne 4000 Tenge, czyli około 40zł, ale oczywiście z dźwignią w postaci dwóch lokalnych pasażerów na tylnej kanapie, którzy płacą po tysiaku. Jak się później dowiem, był to mój najdroższy przejazd w Kazachstanie, a dzielenie osobówki na ośmioro, to tutaj sport narodowy.

Tienszan

W położonych u podnóża gór Almatach spędzam w sumie 3 dni głównie dlatego, że poznaję tutejszego wspinaczkowego guru – Rinata, który kazachskim zwyczajem od razu zaprasza mnie do swojego domu. Mieszka w nim z 8-mio osobową rodziną. Rinat, mając prawie 60-tkę na karku, swoimi historiami sprawia, że zbieram szczękę z piwnicy. Opowiada o przygodach z Simone Moro, o południowej ścianie Lhotse, z którą się mierzył oraz o zdobywaniu Chan Tengri na kilka różnych sposobów. Zbudował też „ciężarówko – kamper”, którym oprócz na wakacje z rodziną, jeździ na misje ratownicze.

Następnego dnia rano jedziemy z Rinatem i jego znajomymi od sky runningu w góry, aby wejść na pobliski Pik Sowietów 4317 m n.p.m. To zaledwie trekking, ale widoki na Tienszan i jezioro Big Almaty Lake są urzekające. Rinat pokazuje mi również wiele skiturowych i freeridowych miejscówek, a także nowoczesny Shymbulak Ski Resort z wyciągami wjeżdżającymi na 3200 m n.p.m. Postanawiam, że muszę wrócić w Tienszan zimą.

Jezioro Kaindy

Czas opuścić wygodną gościnę i ruszyć dalej samemu – takie było założenie – uderzyć na prowincję i zobaczyć życie zwykłych ludzi. Trzeba przyznać, że Almaty to miasto bardzo nowoczesne, kosmopolityczne, z butikami Prady i Single Malt’em na lodzie. To, co jednak rzuciło mi się w oczy, to wszechobecni autostopowicze i samozwańczy car pooling. Zamawiając taxi możemy być pewni, że po drodze będziemy mieć kilku współpasażerów. Przejazdy taksówką są bardzo tanie (około 0,50zł za kilometr, bez opłaty startowej), a litr paliwa kosztuje tutaj 150 Tenge (1,50zł). Zachęcony tymi zwyczajami, udaję się na obrzeża miasta, aby złapać stopa do Kegen oddalonego o 250km. Odmawiając kilku taksówkarzom docieram do miejsca, gdzie zwykli obywatele-kierowcy jadący w różnych kierunkach, wykrzykują destynacje i szukają chętnych na podróż. Podbijam więc do auta, przy którym stoi para backpackersów i od razu przydają mi się podstawy rosyjskiego przećwiczone wcześniej z Rinatem. Ustalamy cenę, która ostatecznie jest sporo korzystniejsza od tej wynegocjowanej na migi przez parę z Australii. Jeszcze ostatnie przepychanki słowne naszego świeżo upieczonego kierowcy z innymi, którzy próbują przejąć łakomy kąsek w postaci trzech turystów, proponując jeszcze lepszą cenę za przejazd. My już jednak siedzimy „wygodnie” w siedmioro w Ladzie i ruszamy. Kierunek – Kegen, a dokładnie wioska Saty i piękne jeziora Kolsai. Podróż mija szybko na słuchaniu ciekawych opowieści Australijczyków o Tadżykistanie i Pamir Highway, którą właśnie przebyli. Już po dwóch godzinach stoję sam na rozstaju dróg na pustyni. Krajobraz zmienił się w mgnieniu oka, moi współpasażerowie wysiedli wcześniej, a kierowca odbił na północ, więc na ostatnie 80km muszę złapać inny transport. Moje początkowe obawy, że spędzę na pustkowiu w 40-stopniowym upale kilka godzin, zostają wnet rozwiane, gdy już pierwszy samochód zatrzymuje się i życzliwy kierowca, niczym wynajęty, wysiada, pomaga mi wrzucić plecak do bagażnika i jedziemy. Saty to mała wioska z kilkoma prostymi kwaterami, gdzie w jednej z nich siedzę już przy stole, a „haziajka” podając mi tłustego barana, mówi zdecydowane „kuszać!”. Od razu mi się podoba.

Saty

Przez kolejne dni przemieszczam się po okolicy, która znów jest górzysta i pełna zieleni. Docieram nad upragnione górskie jeziora Kolsai oraz Kaindy – zalany sto lat temu w skutek trzęsienia ziemi las – cud natury, który turkusowym kolorem wody i skalistym otoczeniem zwala z nóg. Dodatkowo pobyt tutaj urozmaicają górskie przeprawy sowieckim UAZ’em. Moja haziajka dwoi się, abym był zadowolony i co wieczór czekają na mnie inne przysmaki kazachskiej kuchni okraszone kumysem – lekko gazowanym napojem alkoholowym, uzyskiwanym z mleka bawolego. W okolicy wspomnianych jezior znajduję gdzieniegdzie ukryte namioty, w których Kazachowie uwielbiają spędzać czas z dala od cywilizacji, łowiąc ryby i paląc ogniska.

Jezioro Kaindy

Do znanego mi skrzyżowania na pustyni docieram z powrotem samochodem ze świeżo zapoznaną rodziną z Astany, z którą zatrzymujemy się po drodze na obiad – przydrożne manty, przypominające pierogi, koniecznie z baraniną. Podążam teraz na północ w kierunku Kanionu Szaryńskiego. Kolejne sto kilometrów pokonuję w sumie trzema okazjami: w towarzystwie byłych sowieckich żołnierzy, siedmioosobowej rodziny w Mercedesie „beczce” oraz studentów z bogatych almackich rodzin, kręcących vloga na YouTube’a. Ach, te kontrasty.

Docieram pod wieczór do Kanionu, który w świetle zachodzącego słońca mieni się rdzawymi kolorami i odbija cienistymi kształtami wyżłobionymi przez miliony lat. Rozciąga się on na długości około 50 kilometrów, a w środkowej części, na samym dnie, przy rzece, znajduje się „Eko Park” – obóz, w którym można się posilić i przenocować w jurtach. Za dnia w kanionie temperatura wynosi niemal 40℃. Eko Park to więc doskonałe miejsce na ochłodę, delikatną kąpiel w rzece (trzeba bardzo uważać żeby prąd nie porwał) i przeczekanie największego upału.

Kanion – Eko Park

Po nieco ponad tygodniu spędzonym w całkowicie kontrastujących okolicznościach przyrody, wracam do Almatów, oczywiście złapaną na trasie okazją. Po drodze zatrzymuję się jeszcze w małej wiosce Aksay, gdzie po krótkiej rozmowie w jedynym tam sklepiku znajduję nocleg w gospodarstwie, okraszony obfitą kolacją i koniakiem.

Kazachstan to wielki kraj, gdzie współistnieją ze sobą dwa światy – miejski, nowoczesny i brnący szybko ku zachodowi oraz pachnąca kumysem i baraniną prowincja. Łączy je natomiast wszechobecna życzliwość i otwartość ludzi, szacunek do siebie nawzajem, niesamowita przyroda, jeszcze nie do końca tknięta masową turystyką. No i autostop!

P.S. W marcu 2019 wracam w Tienszan, tym razem na narty. Chcę przemierzyć rejon skiturowo oraz skuterami śnieżnymi z Kazachstanu do Kirgistanu.

Jeśli chcesz dołączyć, napisz do mnie: bart.domagala@gmail.com

Bartosz Domagała

Comments are closed.