Po drzewach łażą zawodowo, ale i z miłości. Na drzewach randkują, sypiają, jedzą. Na drzewach spełniają swoje marzenia z dzieciństwa i szukają przygód. Dla drzew podróżują na inne kontynenty – przez wielkie puchowce spędzili w Boliwii już łącznie ponad trzy lata.

Marzena i Krzysiek Wystrachowie. Ona jest fotoreporterką, on leśnikiem. Oboje są arborystami i certyfikowanymi Inspektorami Drzew, czyli zawodowo badają drzewa, dumają nad tym, co będzie dla tych drzew najlepsze, a potem wcielają plan w życie. Od niedawna swoją miłością do drzew dzielą się też z innymi. Uwaga, ta miłość może uzależniać!

Przyprowadzacie ludzi pod drzewo, i co?

Marzena: Patrzą do góry i zapada cisza. My im zawsze wcześniej pokazujemy, jak wyglądają te zajęcia, tylko większość kursantów nie zdaje sobie sprawy, jak wysoko będzie wchodzić.

Jak wysoko?

Marzena: Około 20 metrów nad ziemię, czyli jak na ósme piętro. Drzewa oczywiście są wyższe, ale nigdy nie wchodzimy na sam czubek, tylko na jedno z rozwidleń, na którym zmieści się więcej osób. Tam rozwieszamy fotele, wyciągamy ciasto marchewkowe, które sama piekę.

Krzysiek: I herbatę – z tego, co znajdziemy w lesie.

M: Zazwyczaj zajęcia prowadzimy na dwóch drzewach obok siebie, mamy takie ulubione dwa dęby. Część ekipy wchodzi na jedno, część na drugie. Potem siedzimy na górze, rozmawiamy, jemy, machamy do siebie, podziwiamy widoki. Organizujemy też wyjazdy weekendowe z pełnym kursem wspinaczki rekreacyjnej. Jest sporo kursów arborystycznych, przygotowujących ludzi do pracy na drzewach, ale brakuje takich, na których możesz wspinać się po prostu dla przygody. Kursy robimy w Puszczy Bolimowskiej. Ludzie śpią wtedy w namiotach zawieszonych pomiędzy drzewami. Wszyscy je uwielbiają.

K: Lasy Państwowe uruchomiły też niedawno pilotażowy program buschcraftu. Wyznaczono tereny, gdzie możesz legalnie spać. Więc kiedy już wiesz, jak się wspinać samemu,      możesz połączyć wspinaczkę z ładnym biwakiem. Oczywiście, jak każda wspinaczka, jest to świetne ćwiczenie ogólnorozwojowe, angażujące całe ciało, ale my sami nie podchodzimy do tego sportowo. Nam chodzi o drzewa.

M: Chociaż wspinaczka drzewna jako sport też istnieje. Mamy mistrzostwa – Krzysiek jest sędzią.

Kiedyś odbywały się w moim mieście, w ładnym starym parku. Byłam wtedy bardzo zła, bo pomyślałam, że przyjadą jacyś ludzie i pokłują te przepiękne drzewa buciorami z kolcami!

M: To całkiem powszechne wyobrażenie. Ale kolców używa się tylko wtedy, kiedy drzewo jest do wycinki. Czyli nic mu już nie zaszkodzi. Nie używamy ich, żeby ściąć gałąź, czy żeby wspinać się rekreacyjnie. To etycznie absolutnie zabronione. Choć muszę przyznać, że niektórzy ciągle jeszcze tak pracują…

K: Sam pomysł mistrzostw narodził się w Stanach. Idea jest taka, żeby się wspólnie sprawdzać i uczyć, więc zawody są odzwierciedleniem pracy arborysty. Jedną z konkurencji jest ratownictwo. Trzeba bezpiecznie sprowadzić na ziemię manekina zawieszonego na drzewie. Poza tym jest symulacja pracy w koronie, wspinaczka na czas, wspinaczka po linie i rzut, czyli instalacja liny.

To żeby się dostać na drzewo, rzucacie najpierw linę na gałąź?

M: Żeby się zainstalować, musisz przerzucić rzutkę, czyli woreczek z ołowianymi kulkami przywiązany do bardzo cienkiej linki, przez wybrany konar. Potem dopiero wciągasz właściwą linę. W pracy i na zajęciach często korzystamy z procy, tzw. big shota, a niektórzy strzelają z kuszy albo z łuku.

 

A czy ta przerzucona lina nie uszkadza drzewa, albo czy drzewo nie uszkadza liny?

K: Oczywiście, że nie. My na serio nie robimy drzewom żadnej krzywdy. W tym przypadku używamy specjalnego ochraniacza, taśmy ze stalowymi pierścieniami, który zapobiega tarciu liny o drzewo. Można to nawet zrobić z ziemi.

A drzewa, po których się wspinacie, znajdujecie tak po prostu podczas spacerów?

M: Jeśli wchodzimy dla samych siebie to tak, ale jeśli zabieramy ze sobą ludzi, to te drzewa muszą spełniać pewne kryteria. Dwa lata temu przeprowadziliśmy się do Warszawy i nie mieliśmy tu wcześniej swoich miejscówek. Zjeździliśmy więc wszystkie parki i lasy w poszukiwaniu idealnych drzew. W końcu znaleźliśmy dwa 150-letnie dęby o podobnej wysokości, z pięknymi, rozłożystymi koronami, rosnące obok siebie w lesie Bemowskim. Jeśli chcemy kogoś zajarać wspinaczką, wszystko musi być idealne.

K: Jest taki portal, Bank danych o lasach, z mapami terenów zarządzanych przez Lasy Państwowe. Można tam sprawdzić między innymi przeciętny wiek drzew i skład gatunkowy lasu. Jeżeli w danym pododdziale 10% drzew to np. 200-letnie dęby, to jest potencjalny teren do wspinania się. Cały czas z tego narzędzia korzystamy i nie przestajemy szukać.

 

A jak się mierzy sukces w pracy arborysty?

M: Ocaliliśmy wierzbę w Warszawie przy Zamku Królewskim! Miała iść do wycinki, bo się złamała i połowa drzewa poleciała na płot na terenie Zamku. Dość mocno ją zredukowaliśmy, usunęliśmy zagrożenie i stoi. Zielona i piękna. Zawsze, kiedy jedziemy Wisłostradą, to na nią patrzę i tak mi jakoś ciepło. Bo my się do tych drzew przywiązujemy, szczególnie do tych, które ocalimy. I wiesz co jeszcze? Nawet w pandemii mieliśmy pracę. Prawdę mówiąc nawet mogliśmy trochę stanąć na nogi życiowo.

K: Do tej pory wszystko, co zarobiliśmy, szło na podróże. W zeszłym roku udało się wyjść w końcu na plus, ale znów jesteśmy pod kreską bo kupiliśmy sprzęt diagnostyczny. Mamy za to więcej pracy.

 

Każdy ma przed oczami trochę inny obraz, kiedy wyobraża sobie drzewo. Ja widzę orzecha włoskiego z mojego ogrodu, a Wy?

M: My mamy naszego buka z opolskiego lasu. I platana, też z Opola.

K: Mnie się drzewa niestety mocno kojarzą z pracą.

M: Czemu niestety?

K: Nie wiem, czy chcę mieć takie metodyczne podejście do drzew. W lesie mimowolnie idę z głową w górę i oglądam drzewa, ale tak bardzo strukturalnie. Czy nie mają rozwidleń, które mogłyby gdzieś pęknąć, czy trzeba by coś z nimi robić. Nie wiem, czy to jest dobre.

M: To prawda. Nasz spacer po lesie wygląda tak: gapimy się na drzewa, gadamy o drzewach, zastanawiamy się, jak się mają, jaki jest z nich widok, czy fajnie byłoby się na nie wspiąć.

 

I nie przejadły się Wam te drzewa? Kręci to Was w dalszym ciągu?

M: Zdecydowanie tak! My to robimy z wewnętrznej potrzeby – gadamy o tych drzewach, bo chcemy!

K: Cięcie drzew od dawna mnie męczy, a diagnostyka mnie zwyczajnie jara. To właśnie chcę robić w życiu. A chodzenie po lesie i oglądanie drzew ze szczegółami, to dla mnie forma medytacji. Totalnie się wtedy wyciszam i odrzucam inne myśli.

M: Drzewo jest w ogóle bardzo bliskim nam słowem. Jest jak przypięte do nas. Po prostu drzewo to my. Kiedyś pokazywałam Krzyśkowi zdjęcie, które zrobiłam podczas strajku kobiet. Na nim drzewo pod komendą stołeczną policji, a Krzysiek przybliża i mówi: “o, a to drzewo to ja chyba znam”.

Ciekawe ile razy dziennie mówicie “drzewo”?

M: Zdecydowanie nadużywamy tego słowa.

Podczas naszej dwugodzinnej rozmowy rzeczownik “drzewo” odmieniony przez przypadki padł ponad 300 razy.

 

FB: @akademia.drzewacza
Instagram: akademia.drzewacza
www.treeclimbing.academy

Ania Konopacka
Była alpinistką w górach Alaski w poszukiwaniu siarki i ołowiu, zbieraczką winogron w kanadyjskiej winnicy i przewodniczką pod największym na kontynencie europejskim lodowcem. Szuka dobrych historii. Reporterka. Współwłaścicielka psa i kampera.

Comments are closed.