Na styczeń 2018 miałem zaplanowaną operację stawu skokowego po urazie z 2015 roku, który powstał podczas wspinania w Fontainebleau, a dokładnie połączenia baldów z pechowym upadkiem za crash pada. Po operacji jestem turbo zmotywowany do działania, zrobienia formy na wakacje – w końcu mam zaplanowany dwumiesięczny trip do Rodellar i Céüse. Choć nie uśmiechało mi się spędzanie całego sezonu na linie, to lekarze i rehabilitanci byli niewzruszeni – zabronili mi skakania i spadania na operowaną nogę, uświadamiając powagę sytuacji. Co gorsze – dostałem zakaz na bieganie, a jak tu nie biegać skoro był plan, aby wystartować w triatlonie przed 40-tką? Jednak z autorytetami się nie dyskutuje. Zamieniłem bieganie na więcej roweru i pływania. Z perspektywy czasu uważam to posunięcie za najlepszą rehabilitację. Tym bardziej, że mogłem ją wykonywać zaraz po operacji pomimo nakazu chodzenia o kulach przez sześć tygodni.

fot. Stefan Madej

Tymczasem plan na kolejne dni i tygodnie to tylko, albo i aż rehabilitacja. Pozostaje dużo wolnego czasu – ile można czytać książki albo oglądać filmy? Pomyślałem sobie, że może włączę w plan dnia codziennego podciąganie, campus, siłownię , a może nawet wspin? 😉 No tak wspin, ale tylko na linie, a żeby było jeszcze bezpieczniej dla nogi, której nie mogę ani obciążać, ani uderzyć podczas ewentualnego lotu, to tylko wspinanie w przewieszeniu. A skoro wspinanie w przewieszeniu to oczywiste, że tylko na prowadzenie. I nagle okazuje się, że po paru treningach jestem w stanie na jednej nodze robić naprawdę trudne drogi na krakowskim Avatarze (w lokalnym środowisku przyjęło się, że na krakowskich ścianach są wyceny standardowe i avatarowe 😉 – łatwo nie jest. Takie efekty i trudności dróg dały mi jeszcze większą motywację do ładowania, choć nieraz było mi głupio jak “kicałem” o kulach pod drogę, robiłem ją, a dla innych pozostawała ona niezrealizowanym projektem. W konsekwencji zacząłem robić coraz więcej i więcej dróg z obciążaniem tylko lewej nogi. Po dwie, trzy, a nawet cztery pod rząd – idealny trening wytrzymałości pod wspinanie w Rodellar (tak mi mówili znajomi, bo dla mnie miała to być pierwsza wizyta w tym rejonie).

Te kolejne trzy miesiące rehabilitacji, a raczej rzetelnego treningu cztery razy w tygodniu – wspinaczkowego, na basenie, na rowerze i siłowni plus częste wizyty u zaufanego fizjoterapeuty Marcina Macha w Ortotop przyniosły efekty. Pierwszy wyjazd po intensywnej rehabilitacji to pięć dni wspinaczkowych w marcu w greckim Leonidio podczas których okazało się, że forma z poprzedniego sezonu wraca szybko, wymaga jedynie większego rozruszania się w skale. Czas było postawić sobie realne cele na nadchodzący sezon – 8a OS i 8b RP – nie jest to przesadnie dużo, ale osiągnięcie ich i tak oznaczałoby podniesienie mojej życiówki. Dotychczas wspinanie z liną traktowałem jako zajęcie drugorzędne, zaraz po wyjazdach na baldy. Zazwyczaj był to wakacyjny czas spędzany z bliskimi i znajomymi.

Tymczasem to wspinaczkowe “kicanie” na jednej nodze negatywnie odbiło się na moim kręgosłupie. Odcinek lędźwiowy parokrotnie się buntował i mocno dokuczał – organizm po prostu kompensował sobie nienaturalne napięcia i przeciążenia. To spowodowało, że chciałem poszerzyć i uzupełnić dotychczasową wiedzę z zakresu treningu zahaczając o fizjoterapię – wdrożyłem nowe ćwiczenia stabilizujące, wzmacniające i rozluźniające.

fot. Piotrek Deska

Wyjazd do Leonidio kończył czas nieróbstwa – czas było wrócić nareszcie do pracy i prowadzenia treningów wspinaczkowych. Czy można się cieszyć z powrotu do pracy? Jasne! Bardzo lubię prowadzić zajęcia z moimi podopiecznymi. Daje mi to jeszcze więcej energii i motywacji do własnych treningów i tym samym do dalszego budowania formy. W końcu muszę być dla nich wzorem 🙂 Jeszcze bardziej cieszyłem się z możliwości powrotu do routesettingu.

Harmonogram zawodów, które miałem układać zapowiadał się intensywnie. Pokrótce szykowały się juniorskie zawody PZA, trójbój, seniorskie zawody Zako Boulder Power. Po tej prężnej pracy następowały dwumiesięczne wakacje (wspomniane wcześniej Rodellar i Céüse, gdzie szykowałem się do realizacji celów wspinaczkowych), następnie jeszcze krótki jesienny wyjazd do Gandii, a później kolejne zawody – tym razem BoulderRes w Rzeszowie i najbardziej oczekiwana przeze mnie impreza co roku tj. Krakowski Festiwal Górski wraz z Pucharem Polski w Boulderingu, który wspólnie z mocną ekipą routesetterską miałem układać.

Dacie wiarę – prawie wszystko udało się zrealizować – jedne, drugie, trzecie zawody, wszyscy bardzo zadowoleni – zawodnicy, organizatorzy i my jako routesetterzy. Później wyjazd w skałkę na 2 miesiące – turbo wakacje: 8b –RP zrobione, 8a OS padło, do tego wiele innych klasyków pociśnięte. Nic dodać, nic ująć. Forma życia jest, wyjazd wspaniały, super ludzie, mega rejony, czas z żoną i relaks! Po powrocie na drugi dzień wyjeżdżam z ekipą do Zakopanego na kręcenie Pucharu Polski. Kręcenie, testowanie, obserwowanie zmagań zawodników – chyba znowu nam się udało (dzięki Piotr, Tede i Młody) – zawody uważam za udane w 100%. Parę mniejszych imprez nakręconych i kolejny szybki wyjazd do Hiszpanii – życiówka OS podniesiona – progresu ciąg dalszy, a byłem przygotowany na regres po życiówkach w wakacje;) Wracam do Polski. Jeszcze szybkie zawody w Rzeszowie – BoulderRes i do zamknięcia planów pozostało przykręcenie KFG Krak’em All 2018.

fot. arch. Łukasz Smagała

Ale nie tak szybko… sprawa się rypła. W czasie testowania baldów finałowych w Rzeszowie 15 listopada krzywo spadam na nogę. Nieznośny ból i pierwsza pojawiająca się myśl: znowu skręciłem tą samą kostkę! Nie, niemożliwe?! Jeśli to skręcenie to nie będzie źle – można szybko stanąć na nogi. Ale jednak to druga kostka, to chyba lepiej? Szybko na SOR w Rzeszowie. Lekarz potwierdza skręcenie. Zalecenie lekarskie: trzy dni odpoczynku i rozchodzić. Na szczęście do kolejnego kręcenia jeszcze jest czas. W Krakowie po konsultacji u mojego już “stałego” lekarza ortopedy i rezonansie okazuje się, że złamałem lewą nogę, tak samo jak tą prawą, a złamanie należało do jednych z mniej typowych złamań kości skokowej. Smutek, operacja, rehabilitacja – skąd ja to znam, nic nowego. Niestety zawody w grudniu oglądałem z widowni.

Taki to sezon 2018. Co przyniesie kolejny? Ja już wiem, że do marca rehabilitacja, robienie siły, rower, basen. A później oby tylko jak wyżej:) Tylko bez łamania! Mam dwie nogi, obie zespolone śrubkami. Już nie ma gdzie wkręcać;) I znowu lina… no dobra, też jest fajna! A z całą ekipą znajomych i pozytywnie zakręconych ludzi dookoła, których energia, motywacja i wsparcie tak bardzo mi pomogły przy ostatniej kontuzji wszystko jest jeszcze fajniejsze. Dziękuję!

Łukasz Smagała

 

Comments are closed.