Wypatrzyłem ją z plaży. Od razu mi się spodobała… Wysoka, piękna, lita. Pomysły na drogi, jeden po drugim, same wpadały po głowy. Lubię proste linie, które narzucają się przy pierwszym spojrzeniu.

Praskie lotnisko im. Václava Havla szybko i bezboleśnie odprawia nas bladym świtem. Zawsze to mały stres, bo linie lotnicze nie rozumieją, po co podróżnym akumulatory do wiertarek. Nie łatwo też wytłumaczyć, do czego służą kotwy, stanowiska czy plakietki…

Wrzucam torbę na wagę: 34 kilo. Uf, to tylko dwanaście więcej niż limit! Pani w punkcie odprawy nie jest zadowolona, ale wreszcie daje się przekonać. Tak wczesny lot jest całkiem dobrym rozwiązaniem. Co prawda jesteśmy lekko niewyspani, ale za to po przylocie mamy cały dzień na zainstalowanie się na wyspie, mały relaks i marzenia o nowych drogach.

Rekonesans

Na miejscu szybka odprawa i zabieramy bagaże. Jednego nie ma. No tak, to przecież Grecja. Michał poddenerwowany, bo w bagażu była nietania wiertarka, bez której nasze „greckie wakacje” nieco tracą sens. Po chwili jednak wszystko się wyjaśnia. Torba czeka już na odbiór na taśmie, jednak hala z taśmą w międzyczasie… została zamknięta. No tak, Grecja.

Krótkie spotkanie u Barabasia (przyp. red. Stanisław Barabraś organizuje prace polskich ekiperów na wyspie) i jedziemy do Arkasy, wioski położonej w zachodniej części wyspy. To tylko kwadrans od lotniska, więc mamy przed sobą cały dzień. Ustaliliśmy, że skoro tutaj mieszkamy, to spróbujemy też podziałać w tym rejonie.

Wybija południe. Kąpielówki na tyłek, rurka, maska i idziemy na plażę. Woda jest bardzo słona. Od ostatniego razu zapomniałem już, jak bardzo. Bez okularów oczy pieką potwornie.

Po obu stronach plaży rozciągają się wzgórza. Postanawiamy je z ciekawości sprawdzić. Być może znajdziemy coś, co nas zainteresuje. Ja płynę, Kuba idzie pieszo i szybko mnie wyprzedza. Po chwili już widzę – jest zadowolony! Wychodzę z wody, za rogiem pokazuje się nam wymalowane na skale graffiti z ośmiornicą, a nad nim… wielka ściana, wysoka na 25-30 metrów. Bingo!

Plan

Pomysły na drogi od razu wpadają do głowy. Tyle jest tutaj możliwości! Po chwili gapienia się na ścianę, wracamy na plażę pochwalić się reszcie ekipy znaleziskiem. Wszyscy od razu się ożywiają i, po kolejnej porcji kąpieli w lazurowej wodzie, idziemy obejrzeć skały i drugie wzgórze po prawej. Na jego szczycie znajdują się ruiny antycznego miasta, poniżej którego polska ekipa – Artur Pierzchniak i Rysiek Grzywa – obiła sektor o nazwie Akropolis.

Szybko dostajemy się pod przewieszoną płytę. Wygląda fajnie – ostre krawądki, lita skała, marzenie! Szkoda tylko, że ma około 10-12 metrów. Może kiedyś ją obiję, na razie szukamy dalej. Droga długa i trochę krucha, ale dzielnie brniemy na poszukiwania. Znajdujemy kilka fajnych skałek – małe, na pojedyncze drogi. Szkoda się angażować, nikt nie będzie tutaj szedł kwadrans na jedną czy dwie wstawki.

Pod koniec naszej wycieczki, już całkiem niedaleko Arkasa Beach (może 300 metrów od wioski), trafiamy na niewysokie, 20-metrowe, ale ciekawie wyglądające ścianki. To miejsce ma potencjał! Mam kilka pomysłów. Lubię linie naturalne, takie, które wpadają w oko za pierwszym razem.

Dzień chyli się ku końcowi. Sprawdzam linę, wiertarkę, akumulatory, wiertła, klucze, szczotki, rurki, młotek, kask, okulary, rękawice… Długo można wymieniać, ale, znając życie, i tak na miejscu okaże się, że o czymś zapomniałem.

Przygotowania

Budzik dzwoni o siódmej. Po szybkim śniadaniu jedziemy na plażę, a stamtąd do ściany z ośmiornicą już niedaleko. Dzielimy się, bo każdy z nas ma jakiś swój pomysł. Po dziesięciu minutach, gdy jestem już nad ścianą, okazuje się, że wybrałem najgorszą z możliwych ścieżek, ale nie dowiesz się tego z dołu. Nie widzę ani Karola, ani Kuby. Szum morza skutecznie zakłóca komunikację.

Zakładam stanowisko z dużego skalnego bloku, rozglądam się i rzucam linę. Z dołu widziałem to drzewo, to na pewno tutaj! Zjeżdżam jakieś 10-15 metrów w połogim terenie i staję nad przepaścią. Ups, jednak lekka pomyłka! Moja drogą jest dwadzieścia metrów na prawo. Klnę pod nosem i zastanawiam się: olać tą rysę i wiercić tu? Czy jednak podchodzić z całym sprzętem z powrotem do góry?

Oryginalna wizja drogi wygrywa. Po chwili jestem już na górze, zwijam linę i przenoszę stanowisko. W miejscu, gdzie będzie koniec drogi, wiercę dwa otwory i montuję punkt zjazdowy. No tak… oczywiście klucze zostały na dole. Dokręcam je tylko lekko palcami, wiążę motyla, dopinam się do stanowiska i zaczynam działać.

Robota

Z góry droga wygląda nieco inaczej, niż z ziemi. Widać więcej. Lekko ucieka w prawo, więc, zjeżdżając w dół, co jakiś czas zakładam przeloty i dopinam linę. Na dole uzupełniam sprzęt, biorę plakietki i całość wiążę jako obciążenie liny. Zakładam buty wspinaczkowe i przyrządy zaciskowe. Próbuję się wspinać, bo w taki sposób lepiej czuję, gdzie mają być wpinki. Po chwili jestem już pod stanowiskiem, które wreszcie dokręcam na sztywno.

Teraz dopiero zaczyna się główna część roboty: wiercimy i kotwimy skałę. Zerkam na lewo i prawo – chłopaki działają. Słońce powoli zaczyna nas straszyć, ale jeszcze jesteśmy w cieniu. Opukuję skałę w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca i wiercę. Z tyłu głowy myśl: czy na pewno tutaj? Często słyszy się, że wpinki są w głupich miejscach. To z punktu widzenia wspinacza. Patrząc z perspektywy ekipera, czasem wpinki nie da się zrobić w idealnym miejscu, bo skała jest spękana albo głucho dudni.

Gotowe

Po godzinie wszystkie przeloty są na swoim miejscu. Słońce też już się przemieściło i smaga nas promieniami. Jest pierwsza, robi się ciepło… Jeszcze chwilę podziałamy, choć tempo wyraźnie spada. W ruch idzie młotek, drucianka, szczotka, dmuchawka – w różnej kolejności. Dwie godziny później wszystko już prawie skończone.

Moja droga okazała się dość brudna, a po czyszczeniu i usunięciu niektórych kawałków luźniej skały, zrobiła się bardziej techniczna, niż początkowo myślałem. „Dirty Tricks” – ta nazwa będzie pasować!

Po powrocie chwila zasłużonego odpoczynku. Nie jest łatwo wisieć kilka godzin w uprzęży. Ale zmęczenie szybko mija. Już kolejnego dnia przenoszę się kilka metrów na lewo, gdzie wypatrzyłem drugą piękność!

Wszystko od nowa

Tu jest już łatwiej, przynajmniej na początku. Wiem, którędy dostać się na górę i gdzie rzucić linę. Jestem też lepiej zorganizowany i tym razem mam wszystko, co potrzebne.

Ta linia bardziej mi się podoba. Od razu widzę, że będzie trudniejsza. Droga przewiesza się. Zjeżdżając zakładam przeloty – parę kostek, tricam. Kluczowe trudności są w dolnej części ściany i potrzebuję chwili, żeby je przepatentować.

Coś jednak poszło nie tak i przy którymś obciążeniu wylatuje kostka, moja ulubiona offsetowa. Wystrzela jak z procy i w tej samej chwili słyszę plusk wody. Nieeeeee! Na szczęście, to tylko zbieg okoliczności, a Michał odnajduje kostkę na ziemi. Wiem jednak, że na dzisiaj wystarczy. Wywiercone, wyczyszczone, droga dostaje nazwę Tyranosaurus i w moim odczuciu ma 6c. Kątem oka widzę, że po lewej Marcin cały czas działa. Znalazł kawał świetnej linii, najtrudniejszej w sektorze.

Kolejne dni przynoszą nowe, ciekawe drogi. Łącznie w rejonie w ciągu tygodnia powstaje siedemnaście obitych dróg od 3 do 7a+, a my przenosimy się do sąsiedniej wioski Finiki. Przygoda zaczyna się od nowa…

Karpathos: zapraszamy!

Zielona, górzysta wyspa Karpathos jest jednym z najmłodszych rejonów wspinaczkowych Grecji, a eksploracja ścian jest tu prowadzona głównie przez polskich ekiperów pod przewodnictwem Stanisława Barabasia. Na wyspie jest już ponad 340 sportowych dróg wspinaczkowych, a druga część przewodnika Artura Karaszewskiego właśnie się drukuje. Znajdziecie tu wszystkie możliwe formacje – połogi, pionowe płyty, mocne przewieszenia. Wynajmując apartament w stolicy Pigadii, w ciągu pół godziny jesteśmy w stanie dostać się do prawie każdego sektora na wyspie. Do najlepszych rejonów należą wąwóz Adia i Yvonne. Oba trzeba obowiązkowo odwiedzić.

A w dni restowe? Na Karpathos mnóstwo jest górskich szlaków, wąwozów i pięknych plaż. Warto na przykład wyjść na najwyższy szczyt Kilimini (1215 m n.p.m.), odwiedzić górską wioskę Olympos z zabytkowym kościołem i młynami, napędzanymi siłą wiatru, a także licznymi kawiarenkami i sklepami z pamiątkami. Można zajrzeć też do wioski Diafani – z tutejszego portu kursuje prom pływający po Morzu Śródziemnym. I oczywiście plaża Chicken Bay, gdzie, dzięki temu, że wyspa jest dość wietrzna, można spróbować swoich sił na windsurfingu.

Tekst: Artur Maślanka

Zdjęcia: Ola Tyrna

Facebook: @ClimbingKarpathos

Comments are closed.