Szalony pomysł prób na Perfecto Mundo zrodził się w mojej głowie w kwietniu ubiegłego roku, w zasadzie kilka dni po zakończeniu najdłuższego wspinaczkowego projektu w życiu, czyli Fight or Flight.
Coś w tym jest, że kiedy naprawdę wkręcisz się w jakąś drogę, staje się ona integralną częścią Twojej codzienności. Bardziej chcę się porozciągać w dzień restowy, bo może wyżej podniosę nogę; zrobię jeszcze jedną wstawkę w obwód, to dojdę świeższy do trudności; przycisnę dietę, to będę się lepiej trzymał chwytów… Bez żadnego przymusu, to po prostu się dzieje, zajawka nie ustępuje.
Kiedy zrobiłem Fight or Flight, poczułem ogromną radość. Żyłem tym przejściem kilka kolejnych dni. Pojawiła się błoga pustka. Gdzieś z tyłu głowy wiedziałem jednak, że niebawem błogostan minie i zostanie pustka po prostu..
Zanim to się stało, bez większych planów pojechaliśmy do Margalefu, a ja w pierwszej próbie zrobiłem wszystkie ruchy na Perfecto.
Pustki nie będzie.
Odkąd pierwszy raz odwiedziłem Margalef w 2011 roku marzyłem o wspinaniu w tej imponującej ogromnym przewieszeniem formacji.. Przez kilka kolejnych lat odhaczałem łatwiejsze linie na ścianie, a tu nagle zrozumiałem, że jestem w stanie zrobić najtrudniejszą z nich..
No i znów to czułem.
Miałem bodziec, który pchał mnie do codziennego treningu. Choć w ciągu kilku kolejnych miesięcy moje życie całkowicie się zmieniło, a wspinanie musiało w tym okresie zejść na drugi plan, trening obsesyjnie wręcz podporządkowałem wizji prób na Perfecto Mundo.
Pierwszy wyjazd, 2 tygodnie na przełomie września i października, spore rozczarowanie. Nie miałem formy, chwyty wydawały się sporo słabsze niż je zapamiętałem, droga była zupełnie poza moim zasięgiem. Wróciłem z podkulonym ogonem i powoli zaczynałem rozumieć, że jeżeli nie postawię wspinania znów na pierwszym miejscu, nie mam na co liczyć.
Drugi wyjazd, 9 dni w listopadzie, byłem lepszy. Ułożyliśmy razem z Maćkiem trening specjalistyczny, który zdecydowanie przełożył się na projekt. Od pierwszego dnia na drodze czułem się dobrze, z dnia na dzień spadałem coraz wyżej, dojście do cruxa w zasadzie nie sprawiało mi już żadnych problemów. Problemem okazał się natomiast urwany stopień, który nieco utrudnił mi dojście do kluczowego ruchu. Najlepsza próba ostatniego dnia wyjazdu skłoniła mnie do dalszego treningu i powrotu na drogę po miesiącu.
Mimo obiekcjom Maćka i Magdy, zaraz po powrocie kupiłem bilety na kolejny szybki trip. To miały być ostatnie wstawki przed dłuższym restem, z którym tak bardzo nie mogłem się pogodzić.
Z perspektywy czasu żałuję, że zdecydowałem się na ten wyjazd..
Trudy całego sezonu mocno dały się we znaki, a do tego będąc szczerym nawet nie miałem okazji oddać choć jednej prawdziwej próby… W Margalefie siedziała mgła, wilgotność utrzymywała się na poziomie 80-90%, chwyty wydawały się wręcz mokre. Jedyny pozytyw to umiejętność robienia sekwencji w skrajnie niekorzystnym warunie i poznanie drogi od każdej strony.
Co dalej?
Kiedy powrót na projekt?
Jaki plan?
Czas na przerwę.
Postanowiliśmy, że bardziej rozwojowe dla mnie będą wyjazdy w inne rejony, wspinanie po zupełnie różnych drogach i wyznaczenie sobie celów pośrednich.. Główny zostaje ten sam, zmienił się tylko czas realizacji.
Wydaje mi się, że wiem dokładnie, czego potrzebuję do przejścia Perfecto.
Jesienią wrócę gotowy.
Piotrek Schab