Pochodzę z Wrocławia, ale od 8 lat mieszkam w Ekwadorze. Z początkiem roku znieśli tutaj dopłaty do paliwa. Cena wzrosła o 0.40$. W lipcu rdzenna ludność wyszła na ulice. Zamieszki zablokowały drogi. Część mieszkańców wspierała protesty, kiedy inni organizowali marsze pokoju. Ot taki typowy latynoski chaos… Po tygodniu politykom udało się zakończyć negocjacje i obniżyć cenę paliwa o 0.25$. Zamieszki ucichły. Ja w tym czasie wspinałam się na pobliskiej ściance w Quito…
Był już późny wieczór. Nagle, dostałam wiadomość od znajomego. „Marianna, jutro jedziemy do Boliwii. Wyjazd o 20.00.” O kurczę, to jednak będzie można wydostać się z Quito i obrać kierunek na południe! – pomyślałam.
Z samego rana wrzuciłam ciuchy do pralki, poszłam kupić brakujący sprzęt i trochę żywności, znalazłam hotel oraz opiekę dla mojego psa i w drogę. Pomysł wydawał się wariacki. Do La Paz jest ponad 3 tysiące km, a my w busie, ze sprzętem wysokogórskim, marzymy o zdobywaniu 5 i 6 tysięczników w Boliwii. Po trzecim dniu siedzenia w kolejnym autobusie z rzędu zaczyna się kręcić w głowie i szukasz tych magicznych tabletek, które pozwalają zasnąć na wysokości. Unikasz też za wszelką cenę wyprawy do ubikacji w autobusie, bo ktoś właśnie tam wymiotował i próbujesz ułożyć się trochę wygodniej. Na szczęście się udaje.
Czwartego dnia, z odciskami na siedzeniu, przekroczyliśmy granicę Peru z Boliwią. Jestem zauroczona od pierwszego wejrzenia. Na ulicach oczywiście chaos. Ktoś na rogu sprzedaje jogurty z owocami, a kawałek dalej znajdujesz pyszne empanady. Właściwie to nie wiadomo co jest i gdzie, ale wszystko odnajduje się samo na wyciągniecie ręki. W kanciapie kontrola graniczna, naprzeciwko punkt ksero, a zaraz obok kiosk z gorącą kawą. Idealne połączenie.
Jesteśmy w Desaguadero (ciekawostka ‘desaguar’ w mowie potocznej oznacza wysikać się). Do La Paz nie jest daleko, brakuje raptem 100 km. Cała masa busów stoi przy okolicznym targu. Płacimy za bilety i zostawiamy plecaki do załadowania na dach. Jestem trochę zaniepokojona, czy nie zwalą się gdzieś po drodze. Spokojnie, najpierw cała masa materacy idzie na dach… a na końcu plecaki i jakoś to będzie – obserwuję proces pakowania i walczę z galopującymi myślami.

W tzw. międzyczasie, postanawiam zgubić się na chwilę w okolicznych uliczkach. Wszędzie sprzedają czekolady, ciastka, wszystko wygląda apetycznie. Na samym końcu uliczki znajduję miejsce z daniem z czerwonego pstrąga za raptem 4 boliwiany (w przeliczeniu na polskie złote to tylko 2zł). Udaje mi się nawet znaleźć plastikowe krzesełko, aby się przysiąść do okolicznej grupki zajadających się miejscowymi pysznościami.
Podreperowawszy głód wracam do busa. Większość materacy jest już załadowana. Czekamy aż przywiążą nasze plecaki. Myślę sobie – Transportują w ten sposób bagaż dziesiątki lat… nie powinno być problemów. Ruszamy w drogę. Z godziny 9 rano (kiedy przekraczaliśmy granicę) zrobiła się już 18. Nie wiem, kiedy ten czas nam uciekł, ale do La Paz dojeżdżamy o zachodzie słońca. Teraz myślę już tylko o górach wysokich.

Jest nas sześcioro. Pięciu Ekwadorczyków (Bryan, Marco, David, Gabriel), ja i Luna – jedyne kobiety w grupie. Pierwszy w planie mamy szczyt Cabeza del Condor (5 648 m. n.p.m. (AD+)) i Pequeño Alpamayo (5 430 m. n.p.m. (D-)). Przepakowujemy plecaki. Jutro z rana wyruszamy. Aklimatyzacja? Specjalnie się tym nie przejmujemy. Przecież wszyscy mieszkamy na 3 000 m. n.p.m. w Quito, a La Paz jest na 3 800m. n.p.m. Poza tym mamy doświadczenie w górach wysokich. Czujemy się mocni.
Cabeza del Condor – kto będzie liderem?
Z La Paz do Toni są raptem 2 godziny drogi. Później do schroniska około 2 godziny marszu. Z mułami zrobiliśmy to w godzinkę. Czuję się mocna i zmotywowana. Idę pozdrowić znajomych w drugim schronisku.

Wracam i okazuje się, że są już zorganizowane grupy. Jest nas sześciu i będziemy iść w dwóch 3-osobowych zespołach. Brayan ma prowadzić, ja mam iść w środku, a zamykać ma Marco. Wydaje mi się, iż grupy 2 osobowe są bardziej efektywne, ale dobra, teraz już nie ma jak się przegrupować, gdyż Dawid będzie szedł z Luną i Gabrielem.
Zaczynam rozważać prowadzenie. Brayan nie ma dużego doświadczenia w terenie mixtowym. Wydaje mi się, iż ja z Marco powinniśmy prowadzić, a Bryan powinien iść w środku. Wywiązuje się dyskusja. W końcu się jakoś dogadujemy. Ja z Marco będziemy prowadzić na Cabeza del Condor, a na Pequeńo Alpamayo (gdzie jest rampa, ale nie ma dużo mixtu) dla odmiany Bryan.
Wychodzimy o 2 w nocy. Teren jest skalisty i żmudny na podejściu do lodowca. Znajomi, których poszłam pozdrowić w drugim schronisku, pomagają nam się nie zgubić w tym labiryncie. Na lodowcu stajemy o 6 rano. O 7 wschodzi słońce i robi się trochę cieplej. Warunki są stabilne. Ja prowadzę. Około 9 dochodzimy do ukrytej rynny skalnej. Mamy szpady śnieżne, teren jest nachylony do 60 stopni, śnieg zbity. Decyduję, aby iść na lotnej. Dochodzimy do lodu. Asekuruję przejście śrubami lodowymi. Przy wyjściu z rynny znajduję jednego bolta. Montuję stanowisko z backupem z czekanów i asekuruję znajomych na półwyblince. Stąd wychodzimy na grań, która prowadzi do szczytu. Widzę, że teren jest stabilny. Nachylenie utrzymuje się na przełomie 40-50 stopni przez około 80m, później zmniejsza się do poniżej 30 stopni. Proponuję Marcowi, aby on teraz poprowadził. Widzę, że jest mocny. Asekuruję go i Bryana przy wyjściu na grań z rynny. Później kontynuujemy znów na asekuracji lotnej.



Na grani chłopaki z obu grup mają trochę problemów z asekurowaniem. Mamy dwa przejścia przez skały, trójkowe. Nie wiedzą, jak usiąść, by wybierać linę na plecaku. Teren nie jest skomplikowany, ale jestem uważna. Nie mogę im przecież zabrać frajdy z prowadzenia. Dochodzimy do szczytu bez komplikacji, około godziny 11. Szczęśliwi robimy zdjęcia i schodzimy. Jeden zjazd w rynnie i jesteśmy w terenie lodowcowo – śnieżnym. Teraz żmudna droga do schroniska przez skalny teren.
Pequeño Alpamayo – podzielenie
Umówiliśmy się, że tym razem to Bryan będzie prowadził. Z Marco chcemy robić drogę „Directa francesa” (D), która prowadzi przez szczelinę brzeżną i rampę nachyloną do 70 stopni. Bryan przed wyjściem stwierdza jednak, iż będzie iść w drugiej grupie, drogą normalną (PD). Byłam przekonana, że jeszcze wczoraj się cieszył na prowadzenie drogi technicznej, a teraz nie wiem, co się stało. Być może przestraszył się drogi, którą chcemy robić, albo po prostu był zmęczony wczorajszym atakiem szczytowym. Dzielimy więc sprzęt i wychodzimy około godziny 4. Oddaję prowadzenie Marcowi. Tutaj podejście do lodowca jest krótsze. 0 6 rano jesteśmy już na lodowcu. Jesteśmy zgranym zespołem, mamy dobre tempo, a zatem wyprzedzamy wkrótce grupę Bryana.

Około godziny 8 jesteśmy na Pico Tarija (5 300m). Czeka nas zejście i upragniona część techniczna. Analizujemy przez chwilę teren i zaczynamy zejście. W tym czasie dogania nas grupa Bryana I oznajmiają nam, że jest późno i decydują się schodzić. Tymczasem dla nas warun jak się patrzy. Bezchmurne niebo, doskonałej jakości śnieg. Nieco zdziwiona odpowiadam, że my decydujemy się jednak robić podejście szczytowe. Rozwścieczony Dawid pokrzykuje, że nie idziemy zgodnie z harmonogramem, że tak się nie chodzi po górach. Marco stwierdza, że zejdziemy sami, żeby na nas nie czekali. Chwilę się zastanawiam i proszę, aby nam zostawili jedzenie, w końcu im już nie będzie potrzebne.

Przejmuję prowadzenie. Dochodzimy do szczeliny brzeżnej. Zaczyna się robić ciekawie. Widzę dwie możliwości, żeby ją ugryźć. Środkiem albo na samym skraju, przy skałach. Jednakże tam zrobiła się już kolejka… trzeba by czekać. Decyduję się więc spróbować wariantem środkowym. Wbijam szpadę koło Marco, żeby mnie asekurował. Przechodzę pierwszą szczelinę. Szukam miejsca, ale nie ma gdzie wbić szpady, bo jestem na kolejnym lodowym moście. Zbliżam się zatem do drugiej szczeliny. Śnieg robi się miększy. Próbuję stanąć z drugiej strony, ale sprawdzając czekanem śnieg okazuję się, że jest miękki, więc znów jestem na moście. Nie mam sią jak przyasekurować. Próbuję przetrawersować w lewo… ale tutaj wcale nie lepiej. Chcę już wbić szpadę, ale widzę, że w tym miejscu zaczyna się kolejna szczelina. Rezygnuję z tego wariantu i schodzę. Mówię do Marco „Tam przy skałach to wygląda lepiej, oni już będą kończyć przejście, więc możemy ruszać”.

Wbijam czekan, aby zbudować stanowisko dla Marco. Jest lód będzie więc, gdzie się asekurować. Staję na moście. Przechodzę na lód. Jedną nogą jestem już w trawersie, drugą wciąż pozostaję na moście. W tej pozycji wkręcam pierwszą śrubę. Teraz trawers i następnie rynną skalna, skąd jest wyjście na kopułę. Tutaj nie ma się za bardzo, gdzie asekurować. Wychodzę więc kawałek wyżej, gdzie jest już lód, ale jeszcze niestabilny. Próbuję wkręcić tu kolejną śrubę, ale po chwili stwierdzam, że nie ma to większego sensu, więc wwiercam ją trochę wyżej, gdzie lód wreszcie robi się odpowiednio twardy. Teraz wejście do rampy śnieżnej. Wbijam dwie szpady, montuję porządne stanowisko i asekuruję Marco. Ten kawałek był naprawdę świetny. Pytam partnera – „Chcesz prowadzić?”. Marco przejmuje prowadzenie, dobrze mu idzie, jest mocny. Wyprzedzamy parę, która co 20m wbija szpadę. Jesteśmy szybcy, efektywni i zgrani. Dochodzimy do skał. Tutaj można zrobić skrót uciekając w lewo do grani. Pytam więc Marco – „Jak wolisz? Ja to bym szła prosto.” Wygląda to świetnie.

Odpoczywamy chwilę przy skałach, miejsca jest na tyle, że można nawet usiąść. Pytam się Marco, czy chce prowadzić, czy go zmienić. Odpowiada, żebym przejęła wodze, więc ruszam. Najpierw trawersuję pod skałą, następnie znowu wychodzę na wprost. Robimy kilka zdjęć. Widzę, że śnieg jest zbity, a warunki wręcz idealne. Oddaję znowu prowadzenie Marcowi. Idziemy na lotnej asekuracji. O godzinie 11 stajemy na szczycie, po czym schodzimy drogą normalną.

O godzinie 13 jesteśmy już poniżej lodowca. Marco się martwi, czy nasz transport nie odjechał. Mówię mu więc, że może iść szybciej i jeśli nie ruszyli, to zejdziemy jeszcze dzisiaj. Tymczasem ja zostaję klarować linę.
Marco dociera do schroniska o godzinie 14. Teoretycznie zdążylibyśmy na zamówiony transport, ale nasza grupa już sobie poszła. Idę więc do schroniska powoli. Po drodze pytam się, czy może ktoś jeszcze dzisiaj będzie schodził, ale wszyscy odmawiają. Ktoś proponuje zejście inną drogą, ale to dodatkowe 3 godziny marszu. Jest już późno, transport z innej wioski byłby drogi, Marco śpi, więc decydujemy się zejść jutro.
Hayna Potosi – niezależność
Marco rozważa kontynuowanie wyprawy z całą grupą, by podzielić koszty transportu. Mówię mu, że Hayna Potosi nie jest skomplikowany logistycznie, i że jestem zdania, że powinniśmy kontynuować wspinaczkę samodzielnie. Nasi znajomi się i tak się już obrazili. Jakoś mnie to nie dziwi. W tutejszej kulturze ciężko jest wyrazić sprzeciw, wszystko jest pozornie miłe, wszyscy się uśmiechają, ale w sumie to nigdy nie wiadomo, co tak naprawdę myślą. Zamiast przegadać problem, wolą się obrazić.
Udaje mi się zdobyć numer do taksówkarza, który zabierze nas pod Hayna Potosi. Znajduję informację w Internecie, że transport powinien kosztować nie więcej niż 150 boliwianów (80 zł). Marco negocjuje cenę. Rano wstajemy i kolejką docieramy do Alto, gdzie czeka na nas umówiony taksówkarz. Tym razem planujemy wejście bez osłów oraz kolejną „Directą francesą (AD)”.
Dochodzimy do schroniska bez problemów. Gotujemy jedzenie. Planujemy późne wyjście, bo chwyciła mnie jakaś grypa, więc „jadę” na prochach przeciwgrypowych.

Marco chce tym razem prowadzić przejście przez szczelinę brzeżną. Obiera drogę wariantem z prawej. Okazuję się jednak, że śnieg jest tutaj głęboki, a na wprost wygląda to o wiele prościej, ale nie wtrącam się, niech prowadzi wedle własnej woli. W połowie drogi grupa przed nami krzyczy, że trzeba iść na wprost. Obejmuję więc prowadzenie i idziemy moim wariantem.

Za chwilę ponownie wchodzimy w rampę, tyle, że mniej nachyloną, niż ta na Pequeño Alpamayo. Idziemy więc na lotnej, zmieniając się na prowadzeniu. Dochodzimy do trawersu przez penitetnty (mniszki śniegowe, przyp.red.). Przejmuję prowadzenie i tak dochodzimy pod grań. Przed nami jeszcze kawałek mixtu, gdzie trzeba się asekurować i szczelina do przekroczenia. Ponownie prowadzę. Wychodzimy wreszcie na grań szczytową, gdzie oddaję ponownie prowadzenie Marcowi.

Dochodzimy do szczytu. Gratuluję Marcowi dobrej pracy na wspólny sukces. Uśmiecham się jeszcze do zdjęcia pamiątkowego i schodzimy normalną drogą (PD).

Czeka nas jeszcze kilka przeszkód terenowych po drodze, zanim dochodzimy do schroniska, zmieniając się na prowadzeniu. Odpoczywamy chwilę i jeszcze tego samego dnia schodzimy na dół, tam, gdzie zostawił nas taksówkarz, tu czeka już autobus. Transport powrotny wynosi nas raptem 40 boliwianów za dwie osoby (20 zł).
„W sumie to całkiem sprawnie nam to wszystko poszło.” – myślę sobie.
Kobieta liderem?
W każdej kulturze są tematy tabu. W Ameryce Południowej bycie kobietą-liderem nie jest najłatwiejszym zadaniem, choć czy aby na pewno tylko tutaj…?

Mężczyźni nie lubią być prowadzeni przez dziewczyny. Próbuję, więc znaleźć złoty środek, między podejmowaniem decyzji, a pracą grupową. Moim zdaniem w wysokich górach nie chodzi o prywatne ambicje każdego członka grupy. Nie wymagam jakiegoś szczególnego docenienia moich wysiłków. Istotne jest dla mnie, aby wejść i zejść w komplecie. Wspaniałe jest to, że jestem tutaj każdego dnia i mogę naocznie i namacalnie podziwiać cudowność tych gór. Boliwia jest zdecydowanie na mojej liście powrotów.