Pasja wspinania w górach mocno zdeterminowała moje życie i towarzyszy mi już od 20 lat. Właśnie minął ten moment kiedy mogę powiedzieć, że wspinam się połowę swojego życia. Z czasem do wspinaczki dołączyło też narciarstwo wysokogórskie, które uważam teraz za integralną część zimowej egzystencji w górach. Udało mi się częściowo połączyć pasję z życiem zawodowym, zostając międzynarodowym przewodnikiem wysokogórskim IVBV/UIAGM/IFMGA. Praca z klientami w górach dała mi nie tylko dodatkowe możliwości, aby więcej w nich przebywać. Wraz z odpowiedzialnością za innych, przyczyniła się również do bardziej precyzyjnego szacowania ryzyka. Dziś dostrzegam to nie tylko w pracy, ale i w planowaniu własnych technicznych wspinaczek wielkościanowych.

Zjazd prosto do morza, wyspa Kågen, Norwegia
Fotografia: Paweł Karczmarczyk

Ścieżka mojego rozwoju przebiegała dosyć nietypowo. Bezpośrednio po kursie skałkowym na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej pojechałem po raz pierwszy w góry Kaukazu. Mój instruktor – Marek Soszka, przejęty moją śmiałą decyzją, dodatkowo kserował mi materiały o poruszaniu się po lodowcach, które nie były częścią kursu skałkowego. Był to skok na głęboką wodę. Całe szczęście utrzymaliśmy się na powierzchni i nauczyliśmy się „pływać”, choć każda wspinaczka w tych górach to jak wypłynięcie na ocean, bezkresny i głęboki.

Jeździliśmy zarówno w południowy Kaukaz, w góry gruzińskiej Swanecji, jak i Kaukaz północny, położony w republice Kabardyno-Bałkarii. Czas spędzony w rosyjskim alpłagierze Bezingi odegrał najważniejszą rolę w mojej edukacji alpinistycznej. Zetknąłem się tam ze starą szkołą alpinizmu radzieckiego, która choć przejęła już standardy UIAA, to kultywuje to co według mnie cenne. Stopniowa, wieloletnia nauka podążająca systemem stopni sportowych z jednej strony bardzo ogranicza, studzi i podcina skrzydła tym najbardziej ambitnym. Jednocześnie uczy pokory, zrozumienia i świadomego podejścia do zagrożeń gór wysokich.

Nie zapomnę mojego pierwszego „sportowego” wyjazdu w Bezingi w 2000 roku z moim ówczesnym mentorem wspinaczkowym Michałem Ziółkowskim („Doktor” KW Warszawa). Po przyjeździe wyłożyliśmy karty na stół. Oznajmiliśmy naczelnikowi KSP (Kontrolno-Spasacjelski Punkt, który zajmuje się sprawdzaniem wyboru celów w odniesieniu do stopnia sportowego i utrzymuje stałą łączność radiową z zespołami w ścianach oraz koordynuje akcje ratownicze), że chcemy wejść na Szcharę 5203 m, trzy i pół kilometrową, północno-wschodnią granią, 5A (skala b. ZSRR). Juri Siergiewicz Saratow spojrzał na nas spod rogowych okularów i rzekł: „Harasho. Wam nada na adiniczku (1B) shadit” (Dobrze. Musicie na początek powspinać się na 1B), tłumacząc się tym, że przyjechaliśmy z nizin i przyda nam się rozruch. Za każdym razem wracaliśmy do Saratowa odmeldować wykonaną misję, a on dorzucał nam kolejne cele pośrednie o profilu śnieżno-lodowym, jak nasz główny cel oraz z wyższymi biwakami dla lepszej aklimatyzacji. Ostatecznie oznajmił, że jesteśmy gotowi. Pierwszy pięciotysięcznik, pierwsza „piaciorka” (skala trudności) trafiła do naszych dzienniczków alpinistów. To była dobra lekcja. Starałem się podążać tym schematem w kolejnych sezonach, zanim lepiej poznałem siebie i swoje możliwości.

Paweł Karczmarczyk na drodze Himmelen kan vente 6+, Presten, wyspy Lofoten, Norwegia
Fotogtafia: Piotr Michalak

Na Kaukaz wracałem niemal rok w rok. Nie tylko dla gór, ale także dla ludzi i klimatu. Alpłagier Bezingi to mix alpinistów z całej Rosji, wielkich mistrzów sportu, trenerów i gościnnych lokalnych Bałkarców. Każda kolejna wizyta pozwalała czuć mi się tutaj jak w domu, a każdemu zejściu z gór towarzyszyło bogate życie socjalne.

Równolegle do sezonów kaukaskich, wspinaczkę techniczną szlifowałem w Tatrach, głównie zimą na obozach klubowych. Kolejnym znaczącym zwrotem była emigracja do Norwegii, gdzie szybko zorientowałem się, że jestem w górskim raju. Obiektów wspinaczkowych oraz narciarskich w Norwegii jest całe zatrzęsienie. Cały kraj pokryty jest górami, głębokimi dolinami i ciekami wodnymi, które zimą zamieniają się w przepiękne lodospady. Uwielbiam Norwegię za wszechobecną naturę i niesamowite możliwości outdoorowe, za długą zimę, białe noce latem i dobrą jakość granitu. Każdy rejon ma swoją specyfikę i swoje klasyki spod znaku „must do”. Dystanse do pokonania w Norwegii jak nigdzie indziej nabierają innego znaczenia. Podróże w tym kraju sycą oko zapierającymi dech krajobrazami, a przygoda zaczyna się już na pokładzie samochodu. Naprawdę ciężko się zdecydować, w który region Norwegii pojechać przy najbliższej okazji. Często decyduje pogoda bądź warunki, a lista klasyków do „zaliczenia” nie ma końca.

Lato w Norwegii to dla nas czas wspinaczki skalnej. Oczywiście z krótką przerwą na wypad na Kaukaz. Wokół Oslo, gdzie mieszkam, włączając całą aglomerację (do godziny jazdy samochodem) znajdziemy ponad 30 cragów wspinaczkowych z drogami przygotowanymi pod wspinanie sportowe oraz na własnej asekuracji (ponad 1000 dróg). Na rozpoczęcie sezonu oraz trening w mocnych rysach na własnej asekuracji często jeździmy w szwedzki rejon Bohuslan, rozciągający się od granicy z Norwegią po Gothenburg.

Destynacji na wspinaczkę wielowyciągową jest cała masa. Wiele ścian ma charakter tarciowy, ale znajdziemy też przepiękne rysy, wspinanie alpejskie i prawdziwy „big wall”. W norweskich górach panuje surowa etyka wspinaczki na własnych punktach asekuracyjnych. Wiele dróg, niekoniecznie z wygórowaną cyfrą w trudnościach, będzie zdecydowanie leżeć na półce „dla dorosłych”.

Tura przewodnicka, wyspa Kågen, Norwegia
Fotografia: Paweł Karczmarczyk

Jesień w Norwegii przychodzi gwałtownie i choć wciąż można szukać możliwości wspinaczki w suchej skale, jednocześnie rozglądamy się gdzie i na jakiej wysokości zaczyna mrozić. Da się powiedzieć, że płynnie przechodzimy od wspinaczki skalnej do wspinaczki lodowej. Przyznam, że dla mnie wspinaczka zimowa wyniesiona z Tatr i Kaukazu miała zupełnie inne znaczenie i nadal uważam, że prawdziwe zimowe, górskie wspinanie to wspinaczka mikstowa. Nie mniej jednak lodowy świat wciąga swoimi niepowtarzalnymi formami i jest jedną z dziedzin wspinaczkowych, od których można się uzależnić.

W sezonie zimowym oprócz wspinaczki realizujemy solidny rozjazd narciarski i sporadyczne tury. Prawdziwe eldorado skitourowe zaczyna się jednak wiosną, dokładnie kiedy sezon wspinaczki lodowej dobiega końca. Dni przyrastają wtedy w zawrotnym tempie, a śniegi stają się stabilniejsze. Od lat moją ulubioną destynacją skitourową jest położony za kołem polarnym rejon półwyspu Lyngen. Zimowa sceneria mocno kontrastuje tutaj z błękitem fjordów, a bezkresne przestrzenie Morza Norweskiego sprawiają wrażenie z innej planety. Wraz ze znajomymi prowadzimy w tej okolicy ośrodek outdoorowy na wyspie Uloya. Baza wyposażona w łódki i samochody daje ogrom możliwości eksploracyjnych całej okolicy.

            Paweł Karczmarczyk

Comments are closed.