Drogi Kolumbii Brytyjskiej przemierzaliśmy niemal 10-metrowym kamperem. Wygodny, nowoczesny, bezproblemowy. Hippisowskiego klimatu, spotkanych po drodze przedziwnych wehikułów mieszkalnych, nie miał jednak za grosz! A gdyby tak zmajstrować sobie mały dom na kółkach, a następnie ruszyć nim przed siebie?

Każdy, kto kiedykolwiek uprawiał którąś z dyscyplin, gdzie warunki i pogoda determinują działania, wie, co znaczy być w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Wiatr, fale, świeży śnieg czy słońce mają w głębokim poważaniu ludzkie terminarze, urlopy i zobowiązania. To ty musisz się do nich dopasować i ścigać je po całym świecie. Zwłaszcza w czasach zmian klimatycznych, gdy dotychczasowe wzorce pogody przestają być regułą, a stają się wyjątkiem.

Uprawiając od wielu lat freeride i skitouring w najróżniejszych postaciach, miałem okazję przekonać się o tym wielokrotnie. Tropienie idealnych warunków wymaga niezwykłej elastyczności. Ciężko coś zaplanować, a szybkie decyzje o zmianie lokalizacji są niezbędne.

Z tego samego powodu, surferzy i wspinacze dawno wpadli już na pomysł, że idealnym narzędziem do bycia w wiecznym ruchu, są kampery. I nie mówię tu o wypasionych wehikułach, w których stateczni niemieccy emeryci odpoczywają na luksusowych kempingach u wybrzeża Morza Śródziemnego.

Myślę o starych, rozklekotanych vanach z łóżkiem zbitym z desek w przestrzeni ładunkowej. O przerobionych na mini-domki amerykańskich autobusach szkolnych, z kominkiem w środku albo zamocowanych łańcuchami i metalowymi sztabami budkach mieszkalnych, zdobiących paki pick-upów, które czasy swojej świetności miały na początku lat 90.

Jak to po powrocie z ciekawych podróży bywa, w głowie rodzi się pełno inspiracji i pomysłów. Tak było i tym razem, kiedy zakończyliśmy naszego narciarskiego tripa w Kanadzie. Mając w pamięci rozmowy ze skibumami, nomadami i wszelkiej maści poszukiwaczami przygód, okupującymi parkingi i obrzeża miasteczek Gór Skalistych i Przybrzeżnych, rozpocząłem żmudne przeglądanie motoryzacyjnych serwisów ogłoszeniowych z Polski, Niemiec, Holandii, Szwecji, a nawet z USA.

Wtedy nie wiedziałem jeszcze, czy chcę budować kampera samodzielnie, czy może kupić coś używanego. Po obejrzeniu kilku starych pojazdów kempingowych, których wnętrze miało lekko zgniły zapach starego jachtu, stwierdziłem: jak przygoda to przygoda! Trzeba spróbować samemu skonstruować swój pojazd. Stary i klimatyczny z zewnątrz, ale nowoczesny i funkcjonalny w środku.

W końcu trafiłem na auto, które wydawało się idealne (i co najważniejsze – mieściło się w moim skromnym budżecie). Volkswagen LT28 z 1993 roku. Model słynie z 6-cylindrowego, wolnossącego, całkiem kuloodpornego silnika diesla i aerodynamiki lodówki, a technologicznie bazuje na rozwiązaniach z połowy lat 70. Coś mnie jednak w nim ujęło!

Poprzedni właściciel nieco go odnowił, co pomogło mi w decyzji – kupuję! Do dziś tajemnicą jest dla mnie, dlaczego emerytowany mechanik samochodowy postanowił własnym sumptem odremontować starą furgonetkę. Wyszło mu nawet nieźle. Ewidentnie nie miał ochoty sprzedawać vana, ale nie miał chyba innego wyjścia.

W lipcu 2017 roku, zaledwie kilka miesięcy po powrocie z podróży do Kolumbii Brytyjskiej, jest mój. Nadal jednak nie mam pojęcia, jak zamienić go w kampera.

Zaczynam obsesyjnie oglądać wszelkie instruktażowe filmy na YouTube. Okazuje się, że fanów tej zajawki jest masa na całym świecie, choć zdecydowanie przoduje reprezentacja szeroko pojętej kultury anglosaskiej.

Amerykańska fantazja nie zna granic – koncept budowania domów na kołach sięga lat 60-tych i ówczesnych ruchów hippisowskich. Pomysł na kilka dekad nieco się przykurzył. Potężny kryzys finansowy lat 2007-2009 spowodował, że sporo ludzi, którzy nie byli w stanie płacić kolejnych rat kredytów, zostało wyrzuconych ze swoich domów. Zaradni Amerykanie przewartościowali wówczas swoje priorytety, uznając, że można przecież mieszkać w samochodach. Koncept domu na kołach powrócił.

Przyswojenie sporej liczby internetowych poradników sprawia, że wiedza pomału układa mi się w głowie. Tyle, że do przebudowy potrzebne jest jeszcze odpowiednie miejsce i narzędzia. I tu gwiazdy układają się szczęśliwie raz jeszcze – a ja wpadam na niesamowitych ludzi z organizacji Tubaza w Gdyni, łączącej osoby realizujące najróżniejsze przedsięwzięcia z pogranicza sztuki, technologii, rękodzieła i rzemiosła.

Dzięki ich niezwykłej uprzejmości, mój VW LT28 trafia do miejsca, gdzie spokojnie mogę nad nim pracować, korzystając z doskonale wyposażonej stolarni. Z perspektywy czasu muszę przyznać, że bez pomocy Tubazy, mój projekt nie miałby szans.

Nie wiem, co sobie myślałem kupując vana, bez wcześniej zapewnionego zaplecza. Gdyby jednak człowiek czasami nie poszedł na żywioł, to pewnie nic nigdy by nie zrobił. Bywa, że łut szczęścia przytrafia się w odpowiednim momencie!

Rozpoczynając przebudowę, miałem jedynie zarys projektu wnętrza. Gdybym dzisiaj zabierał się za budowę kampera od nowa, poświęciłbym znacznie więcej czasu na zrobienie projektu, a tym samym uniknąłbym kilku błędów. Nie zmienia to faktu, że najważniejsza nauka, jaką do tej pory wyciągnąłem z tego projektu jest prosta: w zasadzie każdy problem techniczny da się w końcu jakoś przezwyciężyć.

Zdaję sobie sprawę, że mój koncept realizowania narciarskich eskapad autem, którego przelotowa prędkość wynosi jakieś 90 km/h, może nie wytrzymać zderzenia z rzeczywistością, ale wierzę, że i to się uda. Aby przetestować mojego LT28, wykonałem nim dwie trasy przez całą Polskę, po 700 km każda – auto bez zająknięcia dojechało do celu. Aby móc spędzić w nim czas zimą, dużą wagę przywiązałem do izolacji termicznej auta (zamierzam zainstalować w nim także ogrzewanie gazowe zintegrowane z bojlerem na ciepłą wodę). Energię elektryczną zapewni system ładowania dodatkowego akumulatora podczas jazdy oraz spory, 270-watowy panel solarny na dachu.

W aucie będzie pełnoprawna, dwupalnikowa kuchnia ze zlewem (dzięki mojej dziewczynie Dominice), szafki, rozkładane łóżko dwuosobowe, a także stolik, lodówka i szafa na ubrania. Wodę zapewni aż 85-litrowy zbiornik.

Zacząłem też montaż pięknych desek sufitowych z jodły kanadyjskiej, a już wkrótce na ściany trafią panele z laminowanej na biało sklejki (tu wielkie podziękowania dla przyjaciół z firmy meblowej Tabanda, którzy nie tylko kibicują mojemu projektowi, ale także pomogli zaprojektować łóżko i panele).

Wiem, że pracy przede mną jest jeszcze sporo, ale nie żałuję ani jednej chwili poświęconej na ten projekt! Jeśli więc napotkacie gdzieś w Alpach na parkingu seledynowego Volkswagena LT28, to wpadnijcie na kawkę. Oprowadzę Was po swoim vanie!

Tekst: Piotr Gnalicki

Zdjęcia: Bartosz Pawlik

Instagram: @lets.try.van

Youtube: LetsTryVan

Comments are closed.