Republika Dżibuti, maleńkie państwo-miasto, wciśnięte między Somalię, Erytreę i Etiopię, sprawia wrażenie sennego i zastygłego w bezruchu. Ale to tylko pozór, wierzchnia warstwa, pod którą toczy się walka mocarstw o kontrolę nad morskimi szlakami handlowymi.

      Miasto Dżibuti ma kolor ochry. Bardziej niż kolorową i żywą Afrykę przypomina miasta arabskie, senne i gnuśne, pyliste, bezwietrzne, spalone ostrym słońcem, drgające w rozgrzanym powietrzu; miasta Jemenu i Arabii Saudyjskiej, Omanu i Egiptu czy nawet miasta dalekiego Afganistanu. Duża w tym zasługa geografii i klimatu: miasto leży na stepowo-pustynnym wybrzeżu Morza Czerwonego, rozciągającym się od Erytrei po północną Somalię. Bliżej stąd do Półwyspu Arabskiego niż do kipiących życiem sawann i lasów równikowych subsaharyjskiej Afryki.

W powietrzu wciąż unosi się pustynny pył, oblepia wszystko, wciska się wszędzie, drapie w gardło. Kiedy odwiedzam Dżibuti latem 2017 roku panuje tu ciężki do wytrzymania dla Europejczyka upał. Wystarczy na kilka minut opuścić klimatyzowane pokoje hotelowe, by ubranie nasiąkło potem, a kark poczerwieniał od słońca. W dzień życie zamiera, ulice są niemal puste; w cieniu zrujnowanych postkolonialnych budynków miejscowi drzemią na rozłożonych matach lub żują khat – zielone liście o narkotycznym działaniu. Na targowisku handlarki leniwie wachlują się liśćmi nie martwiąc się o przeganianie much rojami obsiadających wystawione wprost na ziemi mięso czy owoce. Nawet kozy, które zazwyczaj chodzą luzem ulicami skubiąc kępy suchej trawy lub obgryzając gałązki rachitycznych krzewów w okolicach południa chowają się przed słońcem w cieniu samochodów.

Na pierwszy rzut oka trudno wyobrazić sobie z czego utrzymuje się to państewko – kiedy pierwszy raz chodzę ulicami stolicy wydaje się, że nikt tu nie pracuje z wyjątkiem handlarek khatu. W pobliżu hotelu, w którym mieszkam przebiega linia kolejowa, nieczynna i od dawna nieużywana; tory zarosły suchym zielskiem. Mimo, że mieszkam tuż obok centrum na ulicach praktycznie nie ma ruchu. Nawet rządowe budynki Zgromadzenia Narodowego i Ministerstwa Obrony wyglądają jakby były opuszczone. Trudno uwierzyć oglądając to spokojne i ciche miasto, że leży ono w jednym z najistotniejszych z geopolitycznego punktu widzenia miejsc na mapie świata i stanowi arenę nieustannych zmagań między mocarstwami.

***

Na ulicach miasta, może poza ścisłym centrum, rzadko widać obcych. Ale są pewne nieomylne sygnały wskazujące, że ludzie z zewnątrz nie są tu czymś niezwykłym. Biały człowiek nie wzbudza zdziwienia ani sensacji, jak w niektórych innych zakątkach Afryki. Dorośli nie zwracają na mnie żadnej uwagi, chyba że akurat próbują mi coś sprzedać, za to dzieciaki obstępują mnie natychmiast, gdy tylko pojawię się na ulicy. Bez żenady szarpią za ubranie wyciągając rękę w prośbie o datek. Oganianie się od nich jest bezskuteczne; ulegnięcie i wręczenie pieniędzy jeszcze gorsze – teraz już nie dadzą spokoju. Ta ich bezczelność oznacza jedno: są przyzwyczajone do ludzi z innych krajów i wiedzą jak z ich obecności korzystać. W miejscach, gdzie obcy pojawia się rzadko, dzieci zachowują się ze znacznie większą rezerwą.

Obcokrajowców na ulicach nie widać, bo rzadko chodzą pieszo. Dostrzec ich można dopiero w hipermarketach, restauracjach czy barach, gdzie stanowią większość klienteli. Europejczycy, Japończycy, Chińczycy, Hindusi, Amerykanie. W większości po cywilnemu, ale czasem można natknąć się na człowieka w mundurze.

Młody, biały mężczyzna jest przez miejscowych z automatu brany za żołnierza US Navy albo francuskiej Legii Cudzoziemskiej; kiedy plątam się samotnie ulicami, co chwila ktoś mnie zaczepia proponując usługi i towary, które najwyraźniej wśród tych dwóch grup cieszą się dużym wzięciem: narkotyki i towarzystwo prostytutek.

Choć prawie tego nie widać, w Dżibuti przebywa ogromna ilość zagranicznych żołnierzy. Maleńka republika wykorzystuje bowiem swoje strategiczne położenie do zarabiania pieniędzy. Duża część dochodów państwa pochodzi z wynajmowania jego terytorium zagranicznym potęgom na bazy wojskowe.

***

Cieśnina Bab al-Mandab, nad którą leży Dżibuti, łączy Morze Czerwone z Zatoką Adeńską, stanowi bramę ku Oceanowi Indyjskiemu. To jedno z wąskich gardeł światowego handlu: przez cieśninę szeroką w najwęższym miejscu na zaledwie 26 kilometrów przechodzi każdego dnia sześćdziesiąt pełnomorskich statków handlowych. Oprócz innych towarów wiozą od trzech do pięciu milionów baryłek ropy naftowej dziennie. Rocznie daje to ponad dwadzieścia tysięcy statków i dziesięć procent ropy transportowanej drogą morską. To jedyna droga z Zatoki Perskiej czy Chin do Europy i z powrotem – chyba, że ktoś gotów byłby płynąć wokół Afryki. Kto kontroluje Bab al-Mandab, ten kontroluje zaopatrzenie Europy w ropę naftową.

Po drugiej stronie cieśniny leży pogrążony w wojnie domowej Jemen, o kontrolę nad którym walczą Arabia Saudyjska i Iran. Na południu zaś rozciąga się Zatoka Adeńska – tereny łowieckie somalijskich piratów. A położenie Dżibuti pozwala z terytorium tego kraju rozciągać kontrolę nad każdym z tych miejsc.

Późnym popołudniem, gdy upał nieco łagodnieje miasto ożywa. Na ulicach pojawia się więcej przechodniów i samochodów. Zaludnia się miejska plaża. Grupki mężczyzn siedzą w cieniu murów żując khat i żywo dyskutując. W barach czy sklepach można natknąć się na obcokrajowców – głównie białych. Chińczyków spotkać można rzadziej, raczej nie chodzą po mieście. Dwukrotnie jednak na ulicy mijają mnie busy przewożące chińskich robotników.

Władze Dżibuti nie dyskryminują bowiem nikogo i udostępniają terytorium kraju każdemu, kto płaci.

Największą bazę mają tu oczywiście Stany Zjednoczone. Za wynajem Camp Lemonnier, dawnych koszar Legii Cudzoziemskiej Ameryka płaci republice 70 milionów dolarów rocznie. Oprócz Amerykanów swoje bazy mają tu Francuzi, Hiszpanie, Włosi i Japończycy. Jednak w lipcu 2017 roku, miesiąc przed moją wizytą w Dżibuti, swoją bazę otworzył tu po raz pierwszy kraj nienależący do tego mniej lub bardziej formalnego obozu Zachodu, a przy tym największy rywal amerykańskiego imperium. Chiny.

Obecność Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej w Dżibuti oficjalnie ma służyć zapewnieniu bezpieczeństwa żeglugi, zwalczaniu piractwa i do ewentualnej ewakuacji chińskich obywateli z krajów Afryki lub Bliskiego Wschodu w razie wojny lub kryzysu. Mniej oficjalnie – projekcji siły, budowaniu wpływów w Afryce i kontroli nad szlakiem morskim przez Bab al-Mandab.

Chińska baza w Dżibuti to jeden z wielu, ale istotny element chińskiej strategii mającej na celu złamanie hegemonii Stanów Zjednoczonych.

***

Lotnisko Dżibuti-Ambouli przypomina bardziej dworzec PKS-u niż międzynarodowy port lotniczy. Cały terminal można ogarnąć jednym spojrzeniem – dwie bramki, mały bar i sklep bezcłowy, w którym na półkach stoją pokryte grubą warstwą kurzu butelki alkoholu. Choć pasażerów nie jest wielu, to lotnisko jest tak maleńkie, że kłębią się oni pomiędzy bramkami. Nie ma gdzie usiąść, ledwo starcza miejsca do stania. Na samym środku grupa miejscowych rozłożyła się na kocach i materacach, diabli wiedzą skąd wyciągniętych, bo bagaże mają niewielkie.

Luźniej robi się dopiero po przejściu przez bramkę do poczekalni. Pomieszczenie jest spore a pasażerów tego konkretnego lotu niewielu – kilku miejscowych, paru elegancko ubranych Europejczyków, grupka Hindusów. Oprócz tego grupa około dwudziestu rosłych, krótko ostrzyżonych mężczyzn. Choć ubrani są po cywilnemu, to niemal każdy z nich ma jakieś militarne akcenty: wysokie wojskowe buty albo plecak w maskujące wzory. To amerykańscy żołnierze lecący na urlop lub wracający do domu po odsłużeniu swojej tury w Dżibuti.

Większość plastikowych krzesełek w poczekalni jest wolna. Siadam w pierwszym rzędzie tuż przed przeszkloną ścianą. Rozciąga się stąd widok na leżącą po drugiej stronie pasa startowego amerykańską bazę wojskową, olbrzymi kompleks namiotów, budynków i hangarów. Baza jest dużo większa niż cywilne lotnisko, przypomina małe miasteczko. Oprócz całej wojskowej infrastruktury – garaży, warsztatów, parków maszynowych, hangarów – jest tu wszystko to, co Stany Zjednoczone zapewniają swoim żołnierzom w każdym zakątku świata. Jest boisko, są kawiarnie i restauracje, sklepy, kaplica, kino, Subway, Green Bean Coffee i Pizza Hut, jest nawet hotel. I knajpa, w której można napić się piwa – alkohol jest wprawdzie racjonowany, ale jest. Nie wszystkim się chyba jednak podoba to miejsce, bo wśród opinii na Google Maps można znaleźć i taką, że jest ono równie zabawne jak więzienny prysznic.

Kiedy siedzę w hali odlotów czekając na samolot, który zabierze mnie z Dżibuti, z amerykańskiej bazy podrywa się nagle maszyna. Początkowo słabo ją widać, bo otula ją wzburzona wirnikami chmura kurzu, ale gdy wzlatuje się wyżej można dostrzec, że to wojskowy pionowzlot, samolot pionowego startu i lądowania. Wznosi się szybko, ostro w górę, z dwoma ogromnymi wirnikami obracającymi się nad skrzydłami. Gdy nabiera w końcu odpowiedniej wysokości zmieniają one nagle położenie z horyzontalnego na wertykalny, samolot zatacza łuk i odlatuje na północny-wschód.

Kiedy jego sylwetka maleje i niknie na niebie, zastanawiam się dokąd leci. Nad Bab al-Mandeb wypatrywać kutrów, którymi Iran przemyca broń dla jemeńskich rebeliantów? Po zaopatrzenie? Z misją poszukiwawczą lub ratunkową? Patrolować Zatokę Adeńską, w której wciąż jeszcze grasują piraci? A może transportuje do Jemenu komandosów, by zlikwidowali jakiegoś ważnego komendanta Al-Kaidy lub Państwa Islamskiego?

Czy jeszcze gdzieś indziej, w jakieś inne miejsce, gdzie jego skrzydła i wirniki, ludzie na jego pokładzie i zamontowane przy burtach karabiny maszynowe najlepiej służyć będą ochronie interesów amerykańskiego imperium.

Stanisław Sadkiewicz

autor książki “Obrońcy mórz”

 

Comments are closed.