Przede wszystkim trzeba mieć oko na krowy. Krowy, uważam że są nieprzewidywalne. Gruzińscy kierowcy są innego zdania i mijają na centymetry wszystkie te bez strachu spacerujące środkiem ulicy. Ja tam im nie ufam, albo może nie poznałam tak dobrze krowiej psychiki. W każdym razie omijam je szerokim łukiem. Dlatego kiedy wjeżdżamy na teren wioski, pomimo zmęczenia, moje skupienie wzrasta.

Skitoury w Uszgoli, fot. Agnieszka Zielonka

Jeden slalom między wiejskimi krowami i kilka ominiętych kur dalej odpinamy narty w centrum wioski Tschumari, gdzie kończymy kolejny dzień. Zjazd spod przełęczy Cziżdzi był dziś czystą przyjemnością. Z daleka widzimy Giorgiego, wypatruje nas. Zna tu każdy kamień, urodził się i wychował na zboczach Laili (4008m.) Od lat prowadzi turystów na szczyt. Stoi oparty o drewniany płot, chroniący jego podwórko przed wszędobylskimi krowami. Jak zawsze w kaszkiecie. Macha do nas i chwilę później siedzimy wszyscy na tarasie jego domu. Patrzymy na jeden z najpiękniejszych i najbardziej majestatycznych gruzińskich szczytów – Uszbę, jemy chaczapuri, pijemy wino i wznosimy obowiązkowe, gruzińskie toasty. I myślę sobie, że fajna ta zima w Gruzji.

Do Tbilisi przeprowadziłam się już prawie 3 lata temu. Przyjechałam na chwilę, zostałam trochę dłużej. Typowy scenariusz gruzińskiego ekspata. Od razu wiedziałam, że zima tu ma duży potencjał. Kraj jest wypełniony górami, w tym pasmem Wysokiego Kaukazu, z najwyższymi szczytem Szchara (5193 m.n.p.m.) Od połowy grudnia do połowy kwietnia warunki są właściwie wyśmienite. Dla każdego coś dobrego. Nowoczesne Gudauri z 70 kilometrami tras i skitourowymi wycieczkami w rejonie Kazbegi, rodzinne Bakuriani, trochę płaskie, ale jak wszędzie indziej jest za dużo śniegu, to daje radę. No i oczywiście moja ukochana Swanetia!

Krowy na posterunku, Uszguli, Swanetia, fot. Agnieszka Zielonka

EPIZOD 1: Ponad chmurami

Nie wiadomo kiedy to się stało, ale siedzimy z Majką w nocnym pociągu relacji Tbilisi – Zugdidi z całym narciarskim majdanem. A właściwie to leżymy jak królewny, każda na swoim pseudo-barokowym szezlongu, w pociągu żywcem wyjętym z czasów sowieckich i popijamy wino. Nie mamy planu. Plany w Gruzji są zbędne. Za to improwizacja wychodzi nam całkiem nieźle.

Laszę spotykamy w barze Buba, w Mestii. Jest miejscowym przewodnikiem, górskim i skitourowym. Młode pokolenie szkoli się dzięki programom rządowym i międzynarodowym, trzyma kciuki za włączenie Gruzji w struktury IVBV w 2020 roku, a ich wiedza i sposób pracy nie odbiega od alpejskich standardów. Krótka rozmowa i przy barze powstaje wspólny pomysł na jutrzejszą turę – czyjeś urodziny w jakimś domku w górach. Brzmi jak plan doskonały!

Następnego dnia o poranku, czyli o 10h ruszamy z Mestii w stronę jeziorek Koruldi. Niech Was nie zmyli popularność tej tury. To 10km w jedną stronę i 1400 metrów przewyższenia! Lub nawet więcej, jeśli zdecydujecie się wyjść na szczycik o wysokości 3200m. Stamtąd można też zjechać na lodowiec i wrócić do Mestii, a to już jest poważna, narciarska wyrypa.

Mniej więcej godzinę przed jeziorkami wyrasta przed nami samotny, drewniany domek. Cloudbase Hut, bo o nim mowa, to jedna z najpiękniejszych miejscówek w jakich spałam. Wybudowany przez dwóch braci, Zurę i Nikę, jest spełnieniem marzenia i planu ich dziadka, a dziś służy przede wszystkim narciarzom i snowboardzistom. Pijemy herbatę i ruszamy dalej. Z każdym krokiem odkrywają się przed nami coraz piękniejsze widoki. Najpiękniej prezentuje się oczywiście Jej Wysokość Uszba. Pogoda jest piękna, śnieg idealny więc robimy trochę więcej zjazdów niż planowaliśmy i przy zachodzącym słońcu, na lekkim zmęczeniu meldujemy się na urodzinach w Chatce Ponad Chmurami. A potem to już tylko kanapki z makaronem, czacza i toasty – dzień jak co dzień!

Gry i zabawy w okolicach jeziorek Koruldi, Swanetia, fot. Agnieszka Zielonka

EPIZOD 2: Świątynia byka

Blisko z Tbilisi, ładnie, można bezpiecznie zjechać nawet przy trudnych warunkach śniegowych – argumenty wystarczające, żeby na Lomisie bywać często. No i niesamowity, wciąż czynny monastyr, położony na grani, która dziś jest granicą z separatystycznym regionem Południowej Osetii. Monastyr wybudowano około X wieku na miejscu pogańskiej świątyni księżyca. To też element charakterystyczny dla tego kraju – mimo wielkiego przywiązania do religii prawosławnej płynnie miesza się ona z pogańskimi wierzeniami i legendami.

Na Lomisę wyrusza się z miejscowości Kvemo Mleta (zaraz przed Gudauri) Samochód można zostawić przy cerkwi w centrum wioski. Tam też zazwyczaj zaczepiają nas mnisi, prosząc o zaniesienie czegoś na górę. Woda, świece i inne sprawunki. Przysługi działają też w drugą stronę, koleżanka zwoziła kiedyś worek brudnego prania. Odpowiednio obciążeni przez przesyłki mnichów ruszamy w górę. Po pół godzinie wychodzimy ponad granicę lasu. Wysokość zdobywa się powoli i niemal niezauważalnie. Podziwiając widoki dochodzimy do monastyru. Wita nas Mama Giorgi (Mama to po gruzińsku, a jakże, ojciec). Zaprasza nas do środka. Od herbatki, ciasteczek i głaskania małych, zakonnych kotków płynnie przechodzimy do degustacji domowego koniaku. Wyjeżdżamy 3 godziny później. Z podarowaną ikoną św. Jerzego, patrona cerkwi, lekko, w wiosennym śniegu suniemy na dół.

Lasza i Maja w drodze na przełęcz Cziżdi, okolice Laili, Swanetia, fot. Agnieszka Zielonka

EPIZOD 3: Slalom między wieżami

Ushguli to niewątpliwa mekka gruzińskiego skitouru. Najwyżej położona w Europie wioska (ten tytuł budzi kontrowersje nawet między Gruzinami, ale to osobna historia) to prawdziwa perełka. Stoki o każdej wystawie, nachyleniu i trudności. Dodajmy do tego trudny dojazd, mało rozwiniętą infrastrukturę (zimą, bo latem to inna bajka) i mamy miejscówkę idealną. Można się tam zakopać na dwa tygodnie i gwarantuję Wam, że nie objedziecie wszystkiego. No i codzienny powrót do domu slalomem między tysiącletnimi, obronnymi wieżami – bezcenne.

Polacy kochają Gruzję. Sama zabieram czasem turystów w góry i jeszcze nie zdarzyło się, żeby ktoś wyjechał bez zachwytów. Ludzie, przyroda, kultura, jedzenie, wino – każdy znajdzie coś dla siebie. Niech to nie uśpi Waszej górskiej czujności! Duże opady śniegu, zmienna pogoda czy niestabilne podłoże potrafią zbudować niewinnie wyglądające, niebezpieczne śnieżne pułapki. Góry nie są też łatwe w nawigacji. Trudno o dobrą mapę terenu (polecam aplikację Locus). Nie znajdziemy tu komunikatów lawinowych. Gruzja nie ma też tak rozwiniętej jak Polska bazy ratowniczej. Dlatego planujcie mądrze i na miarę swojego doświadczenia. Bezpieczeństwo przede wszystkim!

 

Agnieszka Zielonka

Z wykształcenia psycholog, niespokojny duch, któremu ciężko usiedzieć w miejscu. Byłam już streetworkerem, operatorem ściany wspinaczkowej, zawodnikiem konnych rajdów długodystansowych i nie tylko. Fascynuje mnie zwykły człowiek i jego niezwykłe historie, stąd miłość do fotografii. Obecnie można spotkać mnie w Gruzji, gdzie robię zdjęcia i pokazuję ludziom Kaukaz z perspektywy końskiego grzbietu latem oraz dwóch desek zimą.

Comments are closed.