Nie uważam się za feministkę. Góry każdego traktują równo. Tutaj nie ma zmiłuj. Kiedy nadchodzi burza, to dla wszystkich jest taka sama. Dlatego musimy być silne.

Illiniza Sur – mixt – fot. Jaris Aizprua

Góry pociągały mnie od zawsze. Uwielbiałam ciszę, spokój i chłód. To, że możesz iść wiele godzin samotnie po szlaku i wszystko zależy od ciebie. Kiedy pięć lat temu przeprowadziłam się do Ekwadoru, otworzył się przede mną nowy świat – potężnych lodowców, pięcio- i sześciotysięcznych szczytów. Lód dumnie wznoszący się nad równikiem, ostre słońce i bujna roślinność. Skrajne kontrasty.

Odnaleźć drogę na szczyt

Tutaj zrodziła się myśl, że chcę wspinać się w górach wysokich, organizować samodzielnie wyprawy i nie oczekiwać, że ktoś wszystko zrobi za mnie. To jednak nie takie proste, kiedy nie zna się nikogo, kto wspina się w tutejszych górach wysokich.

Zaczęłam powoli sama zdobywać aklimatyzację. Najpierw Ruko Pichincha (‎4794 m n.p.m.), potem Rumińahui (4721 m n.p.m.), El Corazon (4790 m n.p.m.). Uwielbiałam odnajdywanie drogi. Często nie ma tu ani map, ani wyznaczonych szlaków. Trzeba na oko wybierać drogę. Nie zawsze była wyraźna, ale zazwyczaj udawało mi się dotrzeć na szczyt za pierwszym razem.

W miarę, jak publikowałam zdjęcia z moich przejść, zaczęli do mnie pisać ludzie ze środowiska górskiego. W końcu dostałam zaproszenie na wyprawę na Cayambe (5790 m n.p.m.). Co prawda nie znałam nikogo z ekipy, ale nie zastanawiałam się długo…

Altar – fot. Daniel Aquilla

Cayambe. Początek

Spotykamy się w Quito. Trzech facetów: Santiago Cumbal, Fernando Alvaro, Christian oraz Moriita, dziewczyna Fernanda i ja – blondyneczka z Polski. Wyruszamy zmotywowani, a ja przy okazji trochę wystraszona. Nigdy przecież nie byłam na tej wysokości. Ale musi się udać. Nie ma innej opcji!

Na miejscu okazuje się, że faceci nie chcą iść z babami. Musimy się przegrupować. Być może obawiali się, że nie wejdę na szczyt. Wiedzieli, że będzie to mój pierwszy pięciotysięcznik i nie da się przewidzieć, jak organizm zareaguje na taką wysokość. Idziemy same. Moriita, ja i Lidia Sampaz, którą spotykamy na szlaku. Wychodzimy o 23:00. Moriita decyduje się prowadzić. O ósmej rano stajemy na szczycie, dumne, że zdobyłyśmy go same. Bez niczyjej pomocy.

Cayambe nie jest specjalnie techniczną górą, ale trzeba uważać, bo lodowiec jest pocięty głębokimi szczelinami (na szczęście zazwyczaj są dobrze widoczne). Pogoda tego dnia jest idealna: żadnego wiatru, mgły czy opadów śniegu. Na szczycie stanęło ponad pięćdziesiąt osób. Przy ostatnich zejściach rozdzielamy się. Każda idzie swoim tempem. Czujemy się zwyciężczyniami.

Na dole, w namiocie okazuje się, że Santiago, który zaprosił mnie na wyprawę, musiał zawracać. Jego partner źle się poczuł i szczytu nie zdobyli. Ta wiadomość dodała mi siły. Uwierzyłam, że kobiety mogą być równie silne jak mężczyźni, a czasem silniejsze. Tak powstaje myśl, żeby zdobywać góry wysokie w babskim gronie i projekt „Liny wolności” („Cordada Libertad”).

Illiniza Sur – wschód słońca – fot. Marianna Tarczynska

Illiniza Sur. Technika

Jako kolejny cel naszych babskich wejść wybieramy techniczny szczyt Illiniza Sur. Góra ma zaledwie 5263 m n.p.m., ale jest wyceniana na D w skali alpejskiej. Mamy tu do czynienia z mikstem, kruchą skałą wulkaniczną pokrytą lodem i śniegiem. Po pierwszym wyciągu zaczyna się lodowiec. Na dzień dobry rampa, 60 stopni nachylenia, a pod tobą przepaść. Kiedy rampa jest pokryta twardym śniegiem, da się po niej po prostu przejść, ale kiedy zamiast śniegu pojawia się lód, robi się technicznie. Jeden błąd, upadek, poślizgnięcie może skończyć się śmiercią. Dalej szczelina do przekroczenia i na koniec kolejna rampa. Trochę mniej nachylona, ale jeśli upadniesz, lądujesz w szczelinie. W zeszłym roku ratowano tu osiem osób, które wpadły, ciągnąc jeden drugiego. Zatrzymali się na dnie szczeliny.

To już nie są żarty. Proszę więc znajomych, aby nauczyli mnie wszystkiego, czego potrzebuję do wspinaczki. Ćwiczymy robienie stanowisk, asekurowanie drugiego i sposoby wiązania się liną. Dopiero kiedy czuję się na to gotowa, ruszamy w kobiecym zespole z Lidią Sampaz.

Illiniza Sur – rampa – fot. Jaris Aizprua

Tym razem to ja prowadzę. Najpierw mikst do przejścia – trzeba uważać, robię stanowisko i asekuruję Lidię. Potem pierwsza rampa. Mamy szczęście, śnieg jest dobry. Da się przejść bez zakładania stanowisk. Szczelina, kolejna rampa i upragniony szczyt. Z satysfakcją obserwujemy zdziwienie innych grup, że weszłyśmy tu we dwie, bez niczyjej pomocy.

Podczas zejścia Lidia wpada do niewielkiej szczeliny. Na szczęście zaledwie do pasa i udaje jej się wyjść samodzielnie. Na koniec jeden zjazd i jesteśmy z powrotem w namiotach. Zmęczone i szczęśliwe.

Chimborazo. Wysokość

Wreszcie musiała przyjść kolej na Chimborazo (6268 m n.p.m.). Najwyższy szczyt Ekwadoru to jednocześnie punkt najbliższy Słońcu, mierząc w linii prostej z Ziemi.

Lidia wprawdzie próbowała wcześniej sześć razy zdobyć szczyt, ale bez powodzenia. Na Chimborazo pogoda bywa kapryśna, często wieją mocne wiatry lub wspinaczkę utrudniają intensywne opady śniegu. Do tego dochodzi wysokość, a więc mniej tlenu. Trzeba też wychodzić bardzo wcześnie, żeby stanąć na szczycie około godziny szóstej rano i maksymalnie do dziesiątej być z powrotem w kotle, zanim słońce zacznie wytapiać do niego kamienie.

Tej nocy jest wietrznie. Namiotem szarpie z prawej na lewą. Rozbijamy się na wysokości około pięciu tysięcy metrów, za drugim schroniskiem, które ochrania nas nieco od wiatru.

Chimborazo – zejście – fot. Marianna Tarczyńska

Wstajemy o 22:00, żeby godzinę później wyruszyć. Wiatr trochę się uspokaja, więc jesteśmy dobrej myśli. Pierwsze trzy godziny to przejście kotliną i wejście na grań. Idzie nam sprawnie. Kiedy przechodzimy na drugą stronę grani, znowu wzmaga się wiatr. No nic, teraz już nie będziemy zawracać.

Nagle słyszę wołanie: „Mariaannaaa, Mariaannaaa”. W kasku i okularach nie mogę poznać twarzy, ale pewnie nie przypadek, że zna moje imię. Faktycznie, okazuje się, że to znajomy Luis Moscoso: „Marianna, moi partnerzy już nie dają rady, podłączę się do Ciebie”- krzyczy przez huczący wiatr. „Dobra. Ale my wchodzimy na szczyt. Jeśli nie dasz rady, to schodzisz sam. Jesteś pewien, że dasz radę?”. „Taaak, dobrze się czuję”- odpowiada Luis, podpinając się do naszej liny.

W końcu docieramy do ostatniego podejścia. Nachylenie około 45 stopni, otwarta przestrzeń, silne wiatry i ponad trzy godziny żmudnej drogi zygzakiem. Noga za nogą, nocą i w mrozie. Nawet nie zorientowałam się, że, mimo kurtki puchowej, zaczęłam się odmrażać. Mój zniekształcony głos brzmi, jak z bajek o Kaczorze Donaldzie. Jest piąta rano a ja mam objawy hipotermii.

Schodzące grupy przekonują, że źle jest ze mną i że nie powinnam iść dalej. Robimy przerwę, zdejmuję buty, wkładam ogrzewacze chemiczne i drugą parę kalesonów. Pomaga. Po piętnastu minutach ruszamy dalej, a ja mimo chłodu czuję się dużo lepiej.

O ósmej rano jesteśmy na szczycie Chimborazo. Z sinymi ustami, ale zadowoleni. Teraz trzeba jeszcze zejść. W kotlinie jesteśmy około południa – zdecydowanie za późno. Na szczęście dzień jest tak mroźny, że lód nie wytapia kamieni w kotle. Spokojnie możemy zejść do namiotu.

Kolejny raz utwierdzam się w przekonaniu, że my, kobiety możemy być tak samo silne, jak mężczyźni, ale nie za darmo. Wymaga to pracy i zaangażowania. Czasami musimy na to poświęcić więcej czasu, ale wiem, że warto!

Marianna Tarczyńska

 

Marianna Tarczyńska jest polska andynistką, od pięciu lat mieszkającą w Ekwadorze. Jest autorką projektu „Liny wolności” („Cordada Libertad”). Przewodziła kobiecym zespołom zdobywając najważniejsze szczyty Ekwadoru: Illiniza Sur (5263), Antisana (5704), Cayambe (5790), Cotopaxi (5897) i Chimborazo (6268). Możecie ją spotkać na lodowcach w Andach lub wspinającą się w skale.

Instagram: @marianna.tarczynska

Comments are closed.