Przez lata bardzo intensywnego wspinania, samotnych podejść pod ścianę, długich powrotów i nużących kilometrów za kierownicą, wielokrotnie poddawałem pod rozwagę hipotetyczną, utopijną wręcz sytuację. Wyobrażałem sobie, że jestem jedynym człowiekiem na ziemi pełnej gór. Jakimś cudem dysponuję jednak atestowanym sprzętem wspinaczkowym i generalnie względem realnej sytuacji nie zmienia się nic oprócz tego, że nie mam się z kim wspinać, komu o tym opowiedzieć, dla kogo zrobić zdjęć i naszkicować schematu pokonanej drogi.

O ile brak partnera wspinaczkowego bardzo często jest kwestią dobrowolnego wyboru, związanego z obraną strategią, tak wielką tajemnicą, wartą przemyślenia jest hipotetyczny brak punktu odniesienia, jakim w realnym świecie jest historia wspinania, jakim są otaczający nas ludzie, naturalne niejako środowisko w którym się obracamy, na planie którego realizujemy naszą pasję. Pytania pomocnicze do tego swoistego rachunku sumienia nasuwają się same – czy kiedykolwiek przechodziłem jakąś drogę, by zaimponować komukolwiek oprócz samemu sobie? Czy łatwo podlegam modzie w wyborze celów? Czy zdarza mi się brać udział w wyścigu, czy wpadam w kompleksy z powodu czyjegoś przejścia? Wbrew ewidentnym pozorom, nie jest moim celem wartościowanie czyjejkolwiek tożsamości na podstawie odpowiedzi na powyższe pytania. Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości, chciałbym podkreślić, że nawet minimalne zbliżenie się do odpowiedzi twierdzących (jakie z łatwością w sobie odkryłem), ustawia mnie w sposób jasny i wyraźny w pewnym szeregu. W szeregu przed który próbuję wyskoczyć, ale do którego chcę ciągle wracać by opowiedzieć jak było, w szeregu przed który wielu wspaniałych wspinaczy wyskakuje znacznie dalej, dzięki czemu wszyscy idziemy do przodu, a droga nasza staje się sensem. Tak jak w każdej dziedzinie, istnieją natomiast strefy sacrum i profanum, które wyraźnie należy od siebie oddzielić.

Janusz Gołąb w czasie mroźnego biwaku w Himalajach Garhwal

Spotkania „poza” wspinaczkowe, obok wielostronnego inspirowania się, snucia marzeń, które zawsze szukają drogi do realizacji, posiadają również element edukacyjny. Wymiana patentów technicznych, rozmowy z producentami czy dystrybutorami sprzętu, kolegami specjalizującymi się w innej dziedzinie wspinania, trenującymi w inny sposób – to wszystko stanowi naturalną drogę rozwoju społeczności jako takiej, a co za tym idzie również jednostki, która z tym całym zapleczem, wchodzi samotnie lub z partnerem w sferę sacrum, czyli przestrzeń indywidualnego przeżywania wspinaczki.

Partnerstwo, czyli dzielenie i mnożenie

Czym tak naprawę jest? Czy zaczyna się w momencie związania liną i kończy po zejściu w bezpieczny teren? Być może granica jest bardziej płynna niż się wydaje, a definicji doliczymy się tylu, ilu wspinaczy zdołamy o nią zapytać. Osobiście, częściej pochylam się nad matematycznym nieco pytaniem o wspólnotę doświadczenia, bo ona – jak mi się wydaje – stanowi ten najbardziej święty element wspinania, ważniejszy od deklarowanych powszechnie priorytetów takich jak styl, szczyt, cyfra czy dobra zabawa. Matematycznym, bo choć od zawsze wiadomo, że strach w zespole dzielony jest na dwóch, to istnieją sprzeczne opinie co do tego, czy radość po udanej akcji mnoży się razy dwa, czy też przez tę cyfrę dzieli. Po dłuższym zastanowieniu się nad tematem, a przede wszystkim po kilku latach wspinania w górach, moje podejście również do dzielenia strachu jest przynajmniej sceptyczne. Nie magia liny – bo bez liny partnerstwo istnieje w takim samym stopniu – lecz wspólnota celu, gotowość do poświęcenia w tej samej sprawie i wreszcie wzięcie pod rozwagę i kalkulację ryzyka w tak samo świadomy sposób sprawia, że strach partnera dla nas staje się strachem o partnera. W miarę doświadczenia okazuje się, że wspólnie przeżywany nie jest dwa razy mniejszy tylko właśnie podwójny, a odpowiedzialność jaka na nas spoczywa również ulega zdublowaniu. Poczucie odpowiedzialności jest wprost proporcjonalne do stażu znajomości. Poza wspinaczkowe kontakty (zwłaszcza jeśli dotyczą również rodziny partnera), choć nie wpływające na jakość samego wspinania, dorzucają kolejne kilogramy do ciężaru odczuwanej odpowiedzialności. O ile mając do czynienia z irracjonalnym strachem, podczas mglistego biwaku czy nocnego podejścia, rzeczywiście możemy zrzucić jakąś jego dozę na towarzysza, tak w przypadku realnego zagrożenia nie tylko nie zrzucamy go na partnera, ale przejmujemy wzajemnie swój balast sprawiając, że każdy ma go dwa razy więcej. Co więc dostajemy w zamian? Pomijając oczywisty fakt zwiększenia bezpieczeństwa i płynności wspinania w bardzo trudnym terenie, warto zastanowić się nad poczuciem satysfakcji i radości po zakończeniu akcji górskiej. Czy pojęcia te, a przede wszystkim ich desygnaty, są ze sobą w jakikolwiek sposób związane? Wydaje się, że czysta i niezawisła radość może dotyczyć jedynie estetycznych elementów przygody, takich jak widoki, uroda poprowadzonego wyciągu czy nowe inspiracje pojawiające się na horyzoncie. Głębsze zastanowienie natomiast odkrywa przed nami prawdę, że to nie w rytm radości pulsuje całe ciało, gdy wracamy „po wszystkim” do samochodu, schroniska czy namiotu, lecz w rytm satysfakcji jaką odczuwamy. O ile radość bez żadnych wątpliwości pomnożyć można przez dowolną ilość wspinaczy w zespole i w tym wypadku można użyć powiedzenia „im więcej, tym lepiej”, tak z satysfakcją sytuacja wygląda na odrobinę trudniejszą do rozłożenia na czynniki pierwsze. Nie ma dwóch identycznych sytuacji, więc wyodrębnię tylko przychodzące mi do głowy podstawowe modele. Pierwszym z nich jest scenariusz, gdy wszystko przebiegało pomyślnie, wymienialiśmy się uczciwie prowadzeniem, a przygody naszej nie zakłóciło nic, co mogłoby uczynić ją jeszcze większą. Tutaj z całą pewnością winniśmy „podzielić się” satysfakcją z naszym towarzyszem, tak jak dzieliliśmy się wszystkimi trudami akcji górskiej. Drugim modelem jest przygoda przez duże „P”, która tak naprawdę pożądana jest jedynie jako retrospekcja, coś co dobrze się wspomina, ale w żadnym wypadku nie chce, by wydarzyło się po raz kolejny. Sam fakt wyjścia z niej cało sprawia, że dzięki wspólnocie wspomnianej przygody, czyli wpakowaniu się w kłopoty, a następnie wspólnym ich pokonaniu, dochodzi do swoistej synergii. A czym jest ta enigmatyczna wspólnota przygody? To coś niewypowiedzianego, co znajduje się między słowami i myślami, coś czego nie zrozumie nikt poza weteranami zdarzenia. W ten sposób dobrnęliśmy do sedna, do niejasnej i być może mało konkretnej odpowiedzi na pytanie o najwyżej w hierarchii postawione relacje międzyludzkie w świecie wspinania.

Z Małgosią Lebdą na Ostrym Szczycie

Do znudzenia cytowany Walter Bonatti napisał: „Góry są tylko środkiem, celem jest człowiek. Nie wspinamy się by wejść na szczyt, tylko żeby stać się kimś lepszym”. Kluczem do ulepszenia jest poznanie. Za wspinanie zabierają się najczęściej ludzie, którzy w sposób uświadomiony lub nie, lgną do prawdy na temat człowieka. Wielu z nich odkrywa również we wspinaniu magię poznawania samego siebie, traktując swoją osobę jako partnera, dochodząc wielokrotnie do specyficznego, metafizycznego przeżycia, w czasie którego odczuwa się współpracę ze sobą kilku osobowości zamkniętych w jednym „ja”. Źródłem tej dziwnej mnogości są nie tylko własne przeżycia, ale coś co zostaje w człowieku na zawsze po doświadczeniu wspólnoty z towarzyszem przygody.

Kacper Tekieli

Comments are closed.