Kilka uwag na marginesie 4. Kongresu IRCRA

Z pewnym uproszczeniem można rzec, że dyscypliny sportu dzielą się na te, które od dawna rozwijają się dzięki nauce i na te, które rozwijają się siłą i pasją tych, którzy je uprawiają, gromadząc mozolnie swoje doświadczenia, dzieląc się nimi z innymi (albo i nie dzieląc). Wszystkie zaczynały jako te drugie, nie wszystkie dotarły do etapu tych pierwszych, co wcale ich nie umniejsza, a w oczach niektórych może być poczytane wręcz za cnotę, ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, by nie tracąc nic z tego wszystkiego, co nas tak bardzo pociąga we wspinaniu i co niżej podpisanemu nie pozwala się nim znudzić pomimo ponad trzydziestu wspólnie spędzonych lat, otworzyć się na nowe doświadczenia, które pozwolą kolejnym generacjom wspinaczy wspinać się jeszcze lepiej i trenować jeszcze rozsądniej. Ich źródłem coraz częściej staje się nauka, której zainteresowania w ciągu ostatniego ćwierćwiecza  przeniosły się z diagnozowania ile ważą wspinacze i dlaczego są tacy chudzi (patrz badania antropometryczne wspinaczy z początków rozgrywania pucharów świata) oraz jak bardzo potrzebują stymulacji i dlaczego są niedoszłymi samobójcami (patrz wczesne diagnozy psychiatryczne) na kompleksowe analizy ruchów wspinaczkowych, zachowywania się organizmu podczas wspinaczki, czy wreszcie na zrozumienie różnic między wspinaczami reprezentującymi różne poziomy zaawansowania. Badań przybywa w takim tempie, że trudno je wszystkie ogarnąć, ale od czego są osobiste spotkania zainteresowanych, którzy mogą twarzą w twarz dzielić się swoimi doświadczeniami, przy okazji mogąc je przedyskutować. Wymianie takich doświadczeń poświęcony był czwarty już kongres odbywający się pod auspicjami instytucji, której istnienia zapewne nie wszyscy byli świadomi: Międzynarodowego Stowarzyszenia na rzecz Badań Naukowych we Wspinaczce Skalnej (International Association of Rock Climbing Research), przy czym wspinaczka skalna to rzecz jasna tylko skrót myślowy.

fot. arch. Black Diamond

Pomijając cykliczność rzeczonego wydarzenia (kongresy odbywają się co dwa lata), okazja tegorocznego była niewątpliwie szczególna, a to z uwagi na czekający nas debiut olimpijski wspinaczki na igrzyskach w Tokio. W tym kontekście za swoistą klamrę należy uznać wystąpienie Marco Scolarisa rankiem pierwszego dnia kongresu oraz Hiroshi Yasui i Shinji Mizumary pod koniec dnia ostatniego (gwoli zachowania porządku rzeczy: obu Panów rozdzielił wprawdzie Eric Horst, ale chyba bardziej po to, by się zareklamować). Pierwszy z wymienionych z nieco historyczno-plotkarskiej perspektywy powspominał jak rodziła się idea współzawodnictwa sportowego we wspinaczce, naświetlając przy tym okoliczności wciąż budzącej skrajne emocji decyzji o „wrzuceniu do jednego worka” wszystkich trzech konkurencji wspinaczkowych z jednym rzecz jasna medalem, dwaj ostatni wybiegli myślą i słowem w nie tak odległą już olimpijsko-wspinaczkową przyszłość, przy okazji mniej lub bardziej zamierzenie przekonując dlaczego będzie ona należeć do Japończyków :). To ostatnie rzecz jasna to drobny żart niżej podpisanego, choć patrząc na to, jak się układają listy finalistów pucharowych zmagań i słuchając tego, co mówił Hiroshi Yasui, żarcik ów wcale nie jest tak niewybredny, za jaki mógłby być uznany. Wspomniany wyżej, bardzo sympatyczny zresztą, Pan Hiroshi – z zawodu nauczyciel biologii, którą to funkcję łączy z rolą, hmmm.. selekcjonera japońskiej kadry wspinaczkowej – przedstawił założenia systemu szkolenia w Japonii, po którym kompletnie przestały mnie dziwić dwie rzeczy. Jak to się stało (i dzieje), że przedstawiciele Kraju Kwitnącej Wiśni z takim impetem weszli do ekskluzywnego grona regularnych finalistów pucharowych zawodów? Jak to się dzieje, że w gronie tym wciąż pojawiają się nowe, jakby wyciągnięte z kapelusza, nazwiska, niedwuznacznie sugerując, że kraj ów opiera swoje przewagi na czymś więcej niż jeden czy dwa osobowe talenty, które, jak onegdaj Yuji Hirayama, skupiają w sobie całą siłę reprezentacji. W uwadze, którą wygłosiłem po wystąpieniu Hiroshiego, a później powtórzyłem podczas pożegnalnego bankietu, że jeszcze kilka lat temu Japończycy uczyli się od reszty świata, a dziś to, reszta świata może się uczyć od nich, nie było ani cienia kokieterii. Jego wystąpienie uświadomiło bowiem, że naród ten niemal od podstaw zbudował system szkolenia i to System, przez duże S i w pełnym tego słowa znaczeniu. A wszystko to w kraju, w którym jeszcze nie tak dawno wspinaczka dzieci była nieistniejącym tematem, jako uznawana za zbyt niebezpieczną (sic!). Szkoda, że tekst jego wystąpienia, jak również towarzysząca mu prezentacja nie są dostępne (w każdym razie nie ma ich w materiałach kongresowych), bo mogłyby stanowić naprawdę pouczającą lekturę.

fot. arch. Black Diamond

Tematyka kongresu rozpięta między w/w prelekcjami była po raz pierwszy tak bardzo zróżnicowana tematycznie, obejmując różnorodne grupy tematyczne: fizjologia, trening, medycyna, biomechanika, socjologia, psychologia. W każdej z grup były rzecz jasna wystąpienia i postery mniej lub bardziej interesujące (choć jak wiadomo degustibum non disputandum est). Wszystkie też można sprowadzić do dwóch kategorii: naukowe i praktyczno-popularyzatorskie, choć granica między nimi nie zawsze bywała ostra.

Niejakim rozczarowaniem był fakt, iż ostatni dzień kongresu – o haśle przewodnim trening – nie przyjął formy warsztatowej (jak to pierwotnie sugerowano), będąc kolejnym maratonem wystąpień. Żal z takiej zmiany akcentów wyraził zresztą Udo Neuman, który także liczył na to, że zorganizuje warsztaty praktyczne, a skończył na wykładzie teoretycznym, lokującym się na praktyczno-popularyzatorskim krańcu kontinuum … ale za to takim, którego naprawdę warto było wysłuchać. Ponownie nie wdając się w szczegóły, na które nie mamy miejsca, pozwolę się ograniczyć do uwagi, która, moim zdaniem, stanowi esencję jego prezentacji i zarazem istotę pracy z najlepszymi bulderowcami Niemiec (jako trener kadry bulderowej) i świata (Akiyo Noguchi to niejedyna z Jego mniej lub bardziej okazjonalnych podopiecznych). Esencja ta zawiera się w stwierdzeniu, że jeśli chcesz marzyć o sukcesach na bulderowych arenach nie powinieneś ograniczać się do… bulderowania okraszonego rzadziej lub częściej włączanymi ćwiczeniami siłowymi na kółkach, kampusie czy czymś tam jeszcze. Bez wyobraźni ruchowej oraz rozlicznych zdolności koordynacyjnych, jak separacja poszczególnych części ciała, statyczna i dynamiczna kontrola środka ciężkości, różnicowanie ruchów itp. nie sposób radzić sobie ze współczesnymi problemami (w sensie baldów na zawodach rzecz jasna), a już z pewnością nie da się uzyskać przewagi startowej. Stąd lansowana prze Udo konieczność szerokiego spojrzenia na przygotowanie sprawnościowe, z widoczną inspiracją i fascynacją różnymi systemami i metodami ćwiczeń, z których część niejednemu z nas w ogóle nie kojarzyłaby z treningiem wspinaczkowym. Dla ciekawych bliższych szczegółów malutka próbka tychże: spróbujcie przetoczyć się z pozycji „zdechłej muchy” (leżenie na plecach z ramionami i nogami wzniesionymi do góry) mając na każdej z rąk i każdej ze stóp położony but wspinaczkowy), do pozycji leżąc na brzuchu z nogami i ramionami takoż wzniesionymi ku górze i… wciąż trzymając wspomniane buty wspinaczkowe.

fot. arch. Black Diamond

Osoby mniej gustujące w rozdrabnianiu się na wyżej wspomniane wygibasy, a oczekujące konkretów w stylu „5 obwodów po 27,5 ruchu na każdy z intensywnością 87,25% maksymalnej” i dla siebie mogły znaleźć pełnię (lub prawie pełnię) satysfakcji po wysłuchaniu Ursa Stockera – ten dla odmiany jest trenerem Szwajcarów, np. Petry Klinger, ale podobnie jak Udo ma znacznie szersze kontakty. Stwierdzając nieco kokieteryjnie, że nie ma przed słuchaczami tajemnic, bo tymi objęte są jedynie jego przyszłe plany treningowe, Urs podzielił się z audytorium swoją filozofią treningu. Podoba mi zwłaszcza jedna z lansowanych przezeń zasad: „nie licz każdego przechwytu, raczej spraw, żeby każdy przechwyt się liczył”. Opowiadał również o szczegółowych planach treningowych niektórych swoich zawodników, dając się przy tym poznać jako zwolennik blokowego modelu periodyzacji (o której niżej podpisany pisał jakiś czas temu na łamach wspinanie.pl). Wystąpienie to, choć ciekawe, z drugiej strony pozwalało uzmysłowić, że najlepsi nie trenują według jakichś sekretnych i unikalnych planów czy metod, a w każdym razie nie w sposób jakoś znacząco odbiegający od tego, który jest opisany w literaturze i który zapewne wielu z nas realizuje. W czym zatem kwestia? Dobre pytanie, ale bez definitywnej odpowiedzi, poza tym, że geny, że środowisko, że motywacja itp.

Wystąpienia obu panów stanowiły, moim zdaniem, najciekawszą próbkę w kategorii wystąpień praktyków, więc pozwolę sobie pominąć prelekcje trenera francuskich „czasówkarzy” czy, wspomnianego już Erica Horsta, bo nie wnosiły one nic specjalnego. Dużo działo się natomiast „po stronie naukowej”, która ilościowo dominowała i to tak bardzo, że mnogość prelekcji i posterów nie pozwala na pobieżne choćby zaprezentowanie większości z nich (a już tym bardziej wszystkich). Zresztą wobec złożoności i hermetyczności niektórych z prezentowanych problemów, zapewne nie wzbudziłyby one zainteresowania większości czytelników. Nie mogłem zresztą opędzić się od wrażenia, że – zwłaszcza w biomechanice i fizjologii wspinaczki – metody poznania stają się coraz bardziej wysublimowane. Jednak wciąż nie przybliża nas to do zrozumienia na czym polega istota wspinaczkowej maestrii i co możemy robić, by na bazie naukowego poznania, jak zachowuje się nasze ciało podczas wspinaczki, podnieść tę ostatnią na nowe poziomy. Nie byłbym jednak do końca sprawiedliwy nie wspominając o badaniach Lionela Revereta i jego zespołu, które koncentrują się na stworzeniu i doskonaleniu analiz 3D biegów wspinaczkowych. Są one o tyle unikalne, że nie tylko wykorzystują najnowsze technologie analizy ruchu i jego komputerowej obróbki (to akurat robi wielu badaczy), ale wychodzą poza sterylne i mimo wszystko nieco sztuczne warunki laboratoryjne, biorąc sobie za cel realne biegi na jak najbardziej realnej ścianie. Pozwala to żywić nadzieję na praktyczne wykorzystanie wyników tych badań do doskonalenia techniki biegów tak indywidualnych zawodników, jak i stworzenia czegoś na kształt modelu mistrza. Warto śledzić ich prace, bo być może faktycznie nadejdzie czas, w którym trenerzy będą mogli zamówić taką analizę dla swojego zawodnika, a ta pozwoli zidentyfikować najsłabsze punkty jego techniki i zasugerować możliwości jej poprawienia.. tak jak dzieje się to w innych dyscyplinach sportu, zwłaszcza tych, gdzie ułamkowe wręcz różnice w przestrzennych czy czasowo-przestrzennych parametrach ruchu przekładają się bardzo konkretnie na wynik sportowy. A że „standard” ze swoim powtarzalnym i jasno zdefiniowanym środowiskiem (takie same chwyty, tak samo ułożone, na takiej samej ścianie i wąsko zdefiniowane kryterium skuteczności) stanowi wprost idealne pole do popisu dla specjalistów od analizy ruchu, to aż grzech było na nie wkroczyć.

fot. arch. Black Diamond

Drugim obszarem, gdzie nauka bezpośrednio styka się z praktyką jest, nazwijmy to roboczo, medycyna wspinaczki. Nie trzeba nikogo przekonywać, jak dużym obciążeniem dla palców rąk są liczne drogi i ćwiczenia wspinaczkowe (patrz chociażby campus), ale kierunek w jakim podążyła wspinaczka, zwłaszcza buldering, zaowocował pojawieniem się nowych obciążeń, a tym samym nowych wyzwań dla lekarzy i fizjoterapeutów. Żeby nie być gołosłownym, jak wynika z coraz licznych doniesień, rośnie liczba urazów w obrębie mięśni kulszowo-goleniowych – jak się nietrudno domyślać jako skutek technik związanych z haczeniem pięty oraz stawów kolanowych – skrętki plus nie zawsze w pełni kontrolowane upadki z baldów. Generalnie kończyny dolne – jak pokazują statystyki – są częściej miejscem powstawania urazów ostrych, podczas gdy w kończynach górnych częściej dochodzi do urazów na tle przeciążenia. Poczesne miejsce w urazach tych ostatnich zajmują rzecz jasna palce, nie dziwota więc, że im też poświęcono najwięcej miejsca i czasu na kongresie. Największy w tym udział miała rodzina Schoefflów – gwoli informacji Volker Schoeffl jest współautorem ciekawej książki o urazach wspinaczkowych „One move too many”. Stykając się w swej praktyce zawodowej z różnorodnymi urazami i prowadząc badania naukowe nad wytrzymałością poszczególnych struktur anatomicznych, rzeczeni dopracowali się, co tu dużo mówić, innowacyjnych sposobów leczenia urazów, takich jak zerwania troczków. W każdym razie z siedzącym obok kolegą stwierdziliśmy, że jakby się przyplątał jakiś poważniejszy (odpukać!) uraz, to nie bacząc na koszty, trzeba uderzać do Bambergu i to bynajmniej nie tylko z okazji bliskości Frankenjury. Z informacji tyleż ciekawych, co ważnych a przy tym nie wymagających zgłębiania medycznych zawiłości, warto poddać pod rozwagę trenerom i rodzicom wspinających się dzieci i młodzieży kwestię coraz częściej obserwowanych uszkodzeń płytki wzrostowej palców ręki. Złamanie w obrębie tej struktury są najczęściej spotykanym rodzajem urazów w tej grupie wiekowej. Jest to wypadkową z jednej strony niedojrzałości kostnej młodych ludzi, a z drugiej ogromnych sił, jakie przypadają na relatywnie małe powierzchnie (szacunki wskazują, że na proksymalne stawy międzypaliczkowe podczas chwytania małych chwytów działają siły niemal 600N). Nawet jeśli w kategoriach bezwzględnych liczby kontuzjowanych dzieciaków nie są bardzo duże, to jednak dynamika wzrostu na przestrzeni ostatnich lat jest niepokojąca. Jak podają rzeczeni autorzy w ostatnich 20 latach odsetek omawianych urazów wzrósł z 0,3% do 1,8%, czego nie obserwuje się w żadnym innym sporcie. Największą winę, zdaniem Schoefflów, ponownie ponosi buldering – dużo problemów ma charakter siłowy, nierzadko eksplozywny, ze znacznie mniejszą kontrolą nad ciałem, niż ma to miejsce podczas wspinaczki z liną. Ponieważ trudno sobie wyobrazić jego zakazywania – choć były takie pomysły, by zakazać zawodów bulderingowych dla dzieci – możemy starać się minimalizować ryzyko rozsądnym podejściem do szkolenia i przede wszystkim ograniczać sytuacje, w których młodzi ludzie chcą/muszą „zapinać łuczki”. To bowiem ten rodzaj chwytów z uwagi na rozkłady sil działających na stawy międzypaliczkowe stanowi potencjalnie największe zagrożenie. Niby oczywiste, ale czasami oczywiste rzeczy najłatwiej nam umykają i przydaje się o nich przypomnieć, zwłaszcza jeśli ma to miejsce w takich okolicznościach, jak najważniejsze na świecie spotkanie ludzi kochających zarówno wspinanie, jak i naukę.

Krzysztof Sas-Nowosielski

 

Comments are closed.