Skąd wzięliśmy się w Peru i dlaczego wybraliśmy Alpamayo na swój cel

AUTOR: Bartosz Leszczyc Zielonacki
O AUTORZE
AUTOR: Bartosz Leszczyc Zielonacki

Krakus, dla którego emocje z Excela to zdecydowanie za mało. Miłośnik wspinaczki na ściankach i w górach – od Tatr, przez Dolomity, Alpy, aż po amerykańskie Yosemite i kirgiską Dolinę Białej Wody. Członek Kadry Narodowej Polskiego Związku Alpinizmu, w tym Grupy Młodzieżowej PZA.
Crag Sport
Jesteśmy młodą, dynamicznie rozwijającą się firmą, której celem jest dostarczanie najwyższej jakości produktów sportowych i turystycznych. Firma działa od 2013 r. jako wyłączny przedstawiciel marki Black Diamond na polskim rynku. W swoim portfolio gromadzimy szereg specjalistycznych marek outdoorowych, będących liderami w branży, związanych ze wspinaniem, aktywnościami górskimi i szeroko pojętym outdoorem.
PODRÓŻE  |   WSPINACZKA
10 września, 2026

Na pewnym etapie rozwoju wspinacza alpejskiego przychodzi moment, że chce się spróbować swoich sił w górach wyższych niż Alpy. Jednym z ciekawszych rejonów, aby tego dokonać jest masyw Cordillera Blanca – po polsku Kordyliera Biała. To łańcuch górski w Peru, stanowiący część Andów. Od czerwca aż do września panuje tam pora sucha, oferująca najlepsze warunki pogodowe pod kątem wspinania. Rejon ten jest tym bardziej atrakcyjny, iż w szybki i prosty sposób można dostać się z Huaraz, czyli takiego „peruwiańskiego Zakopanego”, w góry wysokie.

W roku 2026 część wspinaczy z Grupy Młodzieżowej Polskiego Związku Alpinizmu postanowiła sprawdzić, czy forma szlifowana w piwnicy krakowskiej Korony „przekłada” się na te piękne góry. Wraz ze starszymi i bardziej doświadczonymi kolegami z Polskiego Himalaizmu Sportowego, wybraliśmy się za daleką wodę. Dla mnie i większości moich kolegów było to pierwsze zetknięcie z takimi wysokościami, dlatego nasze zespoły zostały wymieszane. Oznacza to, że młodzież musiała się wspinać ze staruchami…

Każdy z nas przyleciał z romantycznym marzeniem otwarcia nowej ambitnej drogi na niezdobytej jeszcze ścianie, a najlepiej na dziewiczym szczycie, które jeszcze można znaleźć w Peru. Na szczęście bardziej doświadczeni koledzy szybko sprowadzili nas na ziemię tłumacząc, że zanim wbijemy się w coś dla nas ambitnego musimy najpierw nauczyć się oddychać na takich wysokościach. Mówiąc precyzyjniej, musimy się zaaklimatyzować.  Dla nas, wprawnych wspinaczy, idealnym do tego celem było Alpamayo. Mój zespół właśnie ten szczyt obrał sobie jako pierwszy test naszej formy.

Pierwsze dni w Huaraz – aklimatyzacja zaczyna się na długo przed wyjściem na Alpamayo

Podróż z Polski do Peru była dla nas długa i męcząca. Z bagażami ważącymi około 50 kg na głowę musieliśmy udać się do Wiednia, aby następnie polecieć do Istambułu, a potem do Bogoty, Limy i w końcu do Huaraz. Delikatnie zmięci po 60 godzinach podróży, robimy szybki przepak w wynajętym AirBnb, łapiemy taxi i jedziemy na pobliskie wzgórza rozruszać nogi.  Wszystko idzie nam wolniej niż zwykle. Huaraz jest bowiem na wysokości 3 000 m n.p.m., a po niewinnym i krótkim spacerze wychodzimy na wysokość 3 800 m n.p.m. To wysokość Aiguille du Midi,  na którą wyjeżdża się najdłuższą kolejką w Europie. Tu na taką wysokość można wyjechać lokalnym colectivo, czyli małym autobusikiem. Drugiego dnia aklimatyzujemy się nad pięknym jeziorem Churup 4 450 m n.p.m., do którego w łatwy sposób można się dostać z Huaraz. Trzeciego dnia postanowiliśmy wyjść na pobliski pięciotysięcznik z pierwszym wyższym noclegiem na 4 100 m n.p.m. Był to przyjemny etap, jednak w pewnym sensie dla mnie trudny. Do tej pory przyjeżdżając w nowy, ekscytujący rejon, od razu chciałem podejmować akcje dla mnie ambitne. A nie spacerować po lokalnych wsiach i szlakach turystycznych… Nie ukrywam, było to dla mnie dość frustrujące. Wtedy usłyszałem od dużo bardziej doświadczonego kolegi z zespołu – Krzyśka Zabłotnego: „Młody, tak to powinno na początku wyglądać, jeszcze będziesz miał okazję się wyszaleć”. Miał rację i dziękuję mu za to, że bardzo dobrze rozplanował te dni wstępnej aklimatyzacji.

Wspinacze GM PZA oraz PHS na wyjściu aklimatyzacyjnym nad Laguna Churup (4 450 m n.p.m.)

Przygotowania logistyczne w Huaraz

Wreszcie przyszła pora na „rest day”. Oznacza to, że nie podjęliśmy większej aktywności fizycznej. To właśnie w takie dni odpoczynku nasze ciało ma najlepszą szansę, aby się zregenerować i nabrać aklimatyzacji po wcześniejszych akcjach górskich. Taki dzień nie oznacza jednak nic nierobienia. Przeznaczyliśmy go na niezbędną wizytę w biurze przewodników, które działa w Huaraz na bardzo ograniczoną skalę oraz odwiedziny w agencjach turystycznych. Najsolidniejsza wydała nam się agencja Andean Kingdom, gdzie zebraliśmy komplet niezbędnych informacji m.in. o transporcie. Agencja była dla nas konieczna, aby zorganizować dla nas pasterza z dwoma osiołkami, które miały pomóc nam wynieść wory od początku szlaku do dolnego base campu, a po zakończonej akcji znieść je na dół. Wyjście planowaliśmy na około tydzień  i wyszło nam około 80 kg bagażu. W skład tego wchodziło jedzenie dla 3-osobowego zespołu, sprzęt biwakowy, dwa namioty, śpiwory, sprzęt wspinaczkowy, ubrania na temperatury od -15 do +30, po 2 pary butów, kuchenki do gotowania, elektronika w tym inReach, środki higieny osobistej, a także dużo kawy i herbaty z liści koki.

W tym miejscu warto jeszcze wspomnieć jak radziliśmy sobie z jedzeniem. Inaczej wyglądało to do wysokości lodowca, a inaczej powyżej. 80 kg bagażu może wydawać się dużo, jednak zdecydowaną część tego ładunku stanowiła żywność, która przeważnie jest ciężka. Jeszcze w Huaraz zrobiliśmy spore zakupy spożywcze. Na śniadania jedliśmy pieczywo, ugotowane wcześniej jajka na twardo – po 2 na głowę na dzień, czyli łącznie około 30 jaj, do tego dzieliliśmy się jednym awokado i kulką sera mozarella. Na obiad makaron z sosem pomidorowym i puszką tuńczyka. W ciągu dnia około 2-3 batony na głowę i fantastyczne suszone owoce i bakalie kupione na lokalnym straganie. Dość skromnie jak na nasze potężne zapotrzebowanie kaloryczne, ale cóż, jedzenie dużo waży, a na wysokość traci się apetyt. Jedzenie od wysokości lodowca stanowiła żywność liofilizowana + batony. Tutaj osobiście przeliczyłem kalorykę liofów jakie ze sobą zabrałem. Na nizinach apetyt mi dopisuje. Dzienne zapotrzebowanie przy moim aktywnym trybie życia i wadze około 80 kg szacuje na 3-3,5 tys. kcal. Kalkulowałem więc skromne śniadanie na ok. 500 kcal + obiad 800-1000 kcal + 3-4 batony dziennie. Jak wspomniałem wcześniej, na wysokość człowiek traci apetyt – organizm po prostu często nie ma siły trawić. W praktyce byłem w stanie przyjąć około 300 kcal na śniadanie + 700-800 kcal na obiad + 2-3 batony w ciągu dnia. Jest to jednak kwestia bardzo indywidualna. Każdy musi tego doświadczyć i wypracować odpowiednie dla siebie schematy żywienia.

Moją małą radą, którą odkryłem dopiero podczas ataku szczytowego jest posiadanie zapasu kilku żeli energetycznych. Sam doświadczyłem momentu, gdzie nie byłem w stanie zjeść kolejnego batona, ale bardzo potrzebowałem natychmiastowej energii. Jedyne co mogłem wtedy przyjąć to żel z dodatkiem kofeiny, przepijając go ciepłym izotonikiem.

Dojazd + trekking do low base camp

Dzień zaczynamy wcześnie. O 6 rano ruszamy colectivo do Caraz, gdzie musimy przesiąść się na inne jadące do Cashapampa. Tam kończy się słynny szlak Santa Cruz, którego częścią będziemy się poruszać w stronę Alpamayo. Na miejscu spotykamy naszego pasterza Janko z dwoma osiołkami. Początek naszej znajomości okazał się niestety nerwowy. W agencji ustaliliśmy, że trekking do low base camp pod Alpamayo trwać będzie dwa dni. Pasterz upierał się jednak, że musi to trwać 3 dni, żądając tym samym większej zapłaty. Chłopak kompletnie nie mówił po angielsku, tylko po hiszpańsku, a zasięgu komórkowego czy internetu w takich miejscach brak. Szczęśliwie udało nam się dodzwonić do ogarniętej pani z agencji, która wytłumaczyła mu co i jak. Tutaj rada z mojej strony, żeby dokładnie wszystko sprawdzać i ustalać. Lokalsi lubią wykorzystać naszą niewiedzę lub trudną sytuację, żeby ekstra zarobić na turystach.

Dojście pod Alpamayo prowadzi pięknym szlakiem Santa Cruz

Trekking do low base camp jest bardzo prosty nawigacyjnie i technicznie. Pierwszego dnia pokonujemy  23 km i 1000 metrów przewyższenia w około 4h i nocujemy nad Laguna Jatuncocha. Drugiego dnia idziemy do low base camp na 4 350 m n.p.m. – to niecałe 10 km trasy i 450 m przewyższenia w ciągu mniej więcej 2h. Rozbijamy szybko bazę, żegnamy się z pasterzem i ruszamy jeszcze wyżej zostawić depozyt pod lodowcem – kolejne 5 km i 650 metrów przewyższenia. Docieramy na 5000 m n.p.m. – tutaj kończy się morena i zaczyna lodowiec. Noc spędzamy w low base camp, gdzie nocuje także kilka innych zespołów, w tym lokalni przewodnicy.

Wyjścia do high camp oraz pierwsza noc na 5 500 m n.p.m.

Podekscytowani wspaniałymi widokami oraz chęcią ujrzenia Alpamayo ruszamy z low base camp do high camp. „Na lekko” sprawnie dochodzimy do depozytu z dnia poprzedniego. Dalej już ze sprzętem wchodzimy na lodowiec, wiążemy się liną i ruszamy do góry na 5 500 m n.p.m. Lodowiec jest szczęśliwie w dobrym stanie, a ścieżka wydeptana. Druga połowa drogi omija kilka większych seraków. W ciągu dnia, w pełnym słońcu potrafi być naprawdę ciepło, dlatego dobrze jest pokonywać lodowiec wczesną porą, gdy wszystko jest zmrożone po nocy. Tuż pod high camp teren odrobinę się pionizuje. Fragmenty za około WI2, które pokonujemy na asekuracji lotnej, następnie dochodzimy do pola biwakowego, skąd wyłania się ikoniczna południowo-zachodnia ściana Alpamayo. Góra robi niesamowite wrażenie. Wszyscy czujemy podekscytowanie i wzruszenie. Cieszymy się, że jesteśmy w tak niesamowicie pięknym miejscu.

Widok na Lagunę Arhuaycocha z lodowca dojściowego pod Alpamayo

Rozbijamy namiot, szykujemy się do spania i jemy kolację. Tutaj, chcąc się dobrze zregenerować szykuję sobie dużego 1000 kcal liofa. Wciskam go w siebie bez przekonania i kładę się spać tuż po zmroku. Chwilę po tym zaczynam odczuwać nudności. Leżymy przytuleni do siebie, ułożeni „na waleta” i pada propozycja ataku szczytowego jeszcze dziś o świcie. Serce krzyczy, aby to robić, lecz niestety moje samopoczucie jest na tyle słabe, że muszę odmówić chłopakom. Po tych kilku intensywnych dniach czuję się wyczerpany, nudności narastają, a w tym momencie i na obecnej wysokości nie będę w stanie się zregenerować. Musimy więc  trzymać się pierwotnego planu i zejść nazajutrz do low campu na pełny dzień odpoczynku.

Pierwszy widok na Alpamayo zapiera dech w piersiach

Atak szczytowy.

Wyspani, najedzeni i gotowi do akcji ruszamy spokojnym krokiem z powrotem z low camp do high camp. Na poprzednim wyjściu aklimatyzacyjnym do high camp zostawiliśmy maksymalnie duży depozyt w namiocie i zabraliśmy na lodowiec tylko konieczne rzeczy, dlatego kolejne pokonanie tej drogi jest dla nas znacznie łatwiejsze.

W high camp meldujemy się wczesnym popołudniem. Oprócz nas jest tu kilka innych zespołów, w większości z przewodnikami z Peru. Bardzo nie chcemy się za nimi wspinać. Drogi na Alpamayo biegną śnieżno-lodowymi rampami. Wspinając się takimi formacjami zrzuca się na dół fragmenty lodu. Wspinanie się jeden pod drugim bywa wówczas niebezpieczne. Nastawiamy więc budziki na 23:30, jemy posiłek (tym razem wiem, że 1 000 kcal to na tej wysokości za dużo) i kładziemy się wcześnie spać.  Przed akcją często miewam problemy z zaśnięciem. Jest to wypadkowa adrenaliny, stresu i podekscytowania. Tym razem było inaczej. Wiedziałem, że wspinaczka ta pod kątem trudności technicznych będzie w mojej strefie komfortu. Nie wiedziałem jednak, czy dobrze zniosę wysiłek na takiej wysokości.

Nasz poranek, czyli okolice godziny 24:00 okazują się zadziwiająco ciepłe. Na wysokości 5 500 m n.p.m. spodziewałem się przeraźliwego zimna, a tymczasem poranną owsiankę wcinam ubrany tylko w cienką kurtkę. Chcąc redukować wagę plecaka zgodnie ze współczesną maksymą „fast & light” zastanawiam się czy w ogóle brać dodatkowe spodnie gore-tex’owe, a także grubą kurtkę stanowiskową. Plan zakładał szybką akcję, mieliśmy się wspinać głównie „na lotnej”. Dzielę się z kolegami moimi przemyśleniami, a Krzysiek, słuchając moich wątpliwości, zaczyna się podśmiechiwać – Weź młody, jeszcze mi za to podziękujesz. No i faktycznie późnej podziękowałem.

Widok na Alpamayo z bazy tuż przed atakiem

Startujemy około 0:30. Z bazy widzimy, że już jakiś zespół wbija się w najpopularniejszą w tym czasie drogę. Plan ułożony jeszcze w Polsce zakładał najciekawszą drogę French Direct, która najbardziej przypomina diretissimę ściany. Od guide’ów dowiedzieliśmy się jednak, że nie jest ona obecnie uczęszczana ze względu na wiszące w jej linii seraki. Dzień wcześniej, z pomocą drona, sprawdziliśmy warunki na sąsiednich drogach. Druga najciekawsza linia to Droga Ferrariego i to w nią się wbijamy. Już na starcie widzimy, że droga w ogóle nie była chodzona. Krzysiek zaczyna wspinaczkę, sprawnie pokonując szczelinę brzeżną z licho wyglądającym mostem śnieżnym. Słyszę, że montuje stanowisko. W tym momencie myślę sobie: „co jest, przecież umawialiśmy się, że lecimy drogę na lotnej. Przecież tutaj praktycznie nie ma dla nas trudności”. Krzysiek upiera się jednak w swojej decyzji. Jako drugi rusza Piotrek. Ledwo staje na moście śnieżnym i od razu wpada do szczeliny. Krzysiek miał racje…

Szpejenie się na stanowisku o świcie

Z opisów i opowieści spodziewaliśmy się świetnych warunków śnieżno-lodowych. Tymczasem pierwsze wyciągi wspinamy się w średnich warunkach, przez co zmuszeni jesteśmy do sztywnej asekuracji. Mijają kolejne godziny, a temperatura spada coraz bardziej. Mówiąc wprost, robi się pierońsko zimno. Na stanowisku „modlimy się”, żeby w końcu wyszło słońce, bo zaraz się tu odmrozimy. Na szczęście do plecaka włożyłem dodatkową parę spodni, ciepłą kurtkę i łapawice. Dzięki Krzychu.

Wspinaczka w rynnie z cukru

Mijamy seraki, ale warunki robią się coraz gorsze – jest coraz więcej śniegu i znacznie mniej lodu. Przejmuję prowadzenie. Robię wyciągi na pełne 60 metrów liny, zakładając po drodze z 2-3 słabe przeloty: szable w cukrowatym śniegu i śruby w napowietrzonym śniego-lodzie. Ze względu na fatalne warunki wspinaczka idzie nam coraz gorzej, a czas ucieka. Wiemy, że dwie rynny obok biegnie najpopularniejsza droga. Podejmujemy decyzję o trawersie w jej stronę. W momencie, gdy przebijam się na drogę obok warun totalnie się zmienia. Okazuje się, że Alpamayo jest górą przypominającą Aiguille du Midi – składa się ona z pięknego pomarańczowego granitu, pokrytego lodem i przysypanym grubą warstwą śniegu. Popularna droga została elegancko przekopana ze śniegu i wiedzie bardzo przyjemną polewką lodową. Zaczynamy w końcu upragnioną lotną, wspinając się już w tłumie innych wspinaczy. Dzięki temu, że przechodzimy na lotnej, wymijamy zespoły po drodze, a w międzyczasie inne zespoły zjeżdżają. Typowy chaos na popularnej drodze, czyli dokładnie to czego miało nie być w dzikich górach Cordillera Blanca. Szczęśliwie, bez większych problemów, wychodzimy na spektakularną grań szczytową. Sam pik to grzyb śnieżny. Przejście ostrą, śnieżną granią na szczyt jest niesamowitym doznaniem, okraszonym nutką adrenaliny, gdyż asekuracja na takiej grani jest iluzoryczna.

Radość na szczycie

Na dół zjeżdżamy drogą normalną. Co 50 metrów napotykamy gotowe abłakowy. Szybko zgarniamy graty z high base campu i zadowoleni lecimy do low base campu. Na drugi dzień czeka na nas Janko z osiołkami. Cieszymy się, że zaraz najemy się pysznej peruwiańskiej wołowiny za grosze!

Podsumowanie

Alpamayo jest przepiękne. Wyjście na szczyt to kawał przygody. Myślę, że jest to szczyt w zasięgu wielu wspinaczy.

Trudności techniczne na drodze nie są duże, szczególnie na drodze normalnej. Jeśli wspinacz ma doświadczenie w długich zimowych tatrzańskich drogach, potrafi się sprawnie wspinać w lodzie do około WI5, powinien sobie bez problemu poradzić wspinaczkowo. Niezbędna jest też wiedza z poruszania się po lodowcu.

Cruxem jest definitywnie wysokość. Kluczowa jest bardzo dobra aklimatyzacja i zapas czasu. Pewnych procesów nie da się przyspieszyć. W górach wysokich trzeba mieć pewną pokorę i umieć zaakceptować otaczające nas warunki czy pogodę.

Niegłupim pomysłem jest wsparcie się bardziej doświadczonymi osobami. Przewodników w Peru jest na pewno sporo. Zaznaczę tu jednak, że widziałem wielu, którzy z mojej perspektywy byli słabo przygotowani do tej roli. Zarówno pod kątem doświadczenia wspinaczkowego, przewodnickiego jak i językowego. Poziom przewodników IVBV znany z Europy jest na nieporównywalnie wyższym poziomie.

Koszty jakie w sumie ponieśliśmy we trójkę podczas akcji były następujące:
900 zł – koszty agencji w tym pasterz Janko z dwoma osiołkami,
300 zł – koszty taksówek oraz colectivo.

Do tego koszty wyżywienia, butle z gazem, telefon inReach, i zgubione 3 kg tłuszczu.

W tym miejscu chciałbym raz jeszcze podziękować moim partnerom wspinaczkowym, czyli Krzysztofowi Zabłotnemu oraz Piotrowi Kowalczykowi.

Serdecznie polecam 😊
Bartosz Leszczyc-Zielonacki


Artykuł powstał w ramach współpracy.

Instagram autora: link

Zobacz także

Test butów wspinaczkowych Method od Black Diamond
PRODUKTY  |   WSPINACZKA
24 kwietnia, 2023

Test butów wspinaczkowych Method od Black Diamond

PRZECZYTAJ
LIFESTYLE  |   SPORT
02 kwietnia, 2020

Piotr Schab – wywiad

PRZECZYTAJ
SPORT
23 stycznia, 2017

O freeridzie słów kilka

PRZECZYTAJ