Siedząc nad starymi mapami w krakowskim mieszkaniu wspaniałego kartografa Jerzego Wali, nabieraliśmy coraz większego przekonania – to jest nasz cel! Nim się zorientowaliśmy, wyglądaliśmy z niedowierzaniem przez okna samolotu do Islamabadu. Czekały na nas dziewicze szczyty Północnego Karakorum.

Zaczynało się całkiem zwyczajnie – ubiegłoroczny urlop postanowiliśmy przeznaczyć na wyjazd w góry. Nic oryginalnego. Myśleliśmy o klasykach i spokojnie szukaliśmy celu, który zdobyły już przed nami tysiące wspinaczy.

Wtem wpadł mi w ręce stary artykuł, w którym Krzysztof Wielicki wraz z Januszem Majerem opisywali przyszłość programu Polski Himalaizm Zimowy. Zaczęliśmy sobie wyobrażać taką wyprawę w kompletnie nieznane północne rejony Karakorum. Mnogość niezdobytych szczytów, nieodwiedzanych wcześniej dolin. Ściany, które z utęsknieniem czekają na swoich pierwszych zdobywców. Raj dla wspinaczy i zapaleńców górskiej eksploracji.

Białe plamy na mapie

Postanowiliśmy szukać dalszych informacji. Jak przystało na pokolenie Internetu, ogarnęło nas kompletne zdziwienie, kiedy okazało się, że dane na temat górskich terenów w Pakistanie są tak szczątkowe. Gdy już natrafiliśmy na interesujące nas opisy, zwykle było to kilka zdawkowych informacji.

Paradoksalnie, brak danych podziałał na nas motywująco. Szansa na samodzielne odkrywanie białych plam na mapie wybrzmiała jak spełnienie marzeń. Udało nam się skontaktować z Jerzym Majerem, który opowiedział nam nieco o rejonie, podsunął trochę materiałów i podpowiedział, kto jest największą skarbnicą kartograficznej wiedzy w tym zakresie… Tak trafiliśmy do znanego alpinisty i kartografa Jerzego Wali. Ugościł nas u siebie w Krakowie domowymi ciasteczkami, które, postawione na beczce sygnowanej „Polska wyprawa w Hindukusz, 1966”, zwiastowały przygodę. Na stole wylądowały pieczołowicie sporządzane przed laty mapy Karakorum…

Lądowanie na innej planecie

Nim zdążyliśmy się zorientować, kręciliśmy głowami z niedowierzania w samolocie do Islamabadu. Po czterdziestu ośmiu godzinach od opuszczenia kraju, byliśmy już w Północnym Karakorum, na wysokości ponad trzech tysięcy metrów, a w perspektywie ponad dwa tygodnie w niemal nieuczęszczanych przez wspinaczy zakątkach tamtejszych gór. Naszym celem był dziewiczy szczyt Dih Sar (6200 lub 6340 m n.p.m.).

Z Shimshal (ok. 3200 m n.p.m.) startujemy następnego ranka po przybyciu do tej malowniczej wioski. Ze wszystkich potrzebnych nam rzeczy, zdecydowanie najmniej mamy czasu. Zaczynamy więc szybko, za co przyjdzie nam zapłacić frycowe.

Trekking to przede wszystkim wartki oddech, niekończące się podejścia, ale też przestrzeń dla ducha i zjawiskowe widoki. Wielokierunkowo rozlane doliny szerokich rzek, zamykane stromo piętrzącymi się pięcio- oraz sześciotysięcznikami. Uzupełnieniem tego widoku jest kompletna cisza i pustka. Mamy wrażenie eksplorowania innej planety.

Morenowy krajobraz to przeważnie ogromne żwirowe wyrobiska. Kierowani ostrożnością uważnie patrzymy pod nogi, by wieczorami żartować, że zamiast podziwiać piękno gór, zaśmiecamy swoją pamięć wzorzystymi kompozycjami porozrzucanych kamieni.

Wspólne wieczory z tragarzami, wokół ogniska, są niezapomnianymi momentami trekkingu. Siedząc przy ogniu, w środku pasterskiego schronu i popijając litry pakistańskiej herbaty z mlekiem, wymieniamy doświadczenia z przebytej trasy. Wybudowane tutaj około czterdzieści lat temu kamienne schrony przypominają raczej pomieszczenia gospodarcze niżeli domostwa. Poza miejscami, w których wyraźnie rysują się wydeptane przez pasterzy szlaki, są jedynym śladem obecności człowieka, jaki napotykamy w drodze.

Całkiem podobna

Trudno opisać emocje, jakie towarzyszą chwili, kiedy, po tygodniach wpatrywania się w mapę, widzisz przed sobą wymarzoną dolinę – w dodatku ze świadomością, że prawdopodobnie nie widział jej jeszcze żaden inny wspinacz. Z bezdźwięcznym niedowierzaniem uśmiechamy się do siebie. Po sześciu dniach i ponad stu kilometrach marszu wiemy, że na najbliższy czas zostajemy z doliną Dih zupełnie sami.

Eksploracja niesie ze sobą garść nowych wyzwań związanych z logistyką, strategią działania, a także nawigacją w nieznanym terenie. Tego ostatniego doświadczenia długo nie zapomnimy. Mieszanką zdumienia i zażenowania obfituje odkrycie, iż od dwóch dni wytyczamy palcem w powietrzu drogi na ścianie sąsiedniej góry – całkiem podobnej do wybranego przez nas szczytu. Zanim jednak nasze morale kompletnie zdążyło upaść, okazało się, że wystarczy nieco skorygować nazajutrz kurs, żeby dotrzeć do naszego celu.

Wycof

Następnego dnia po południu stajemy pod właściwym masywem i na nowo rozpoczynamy wyszukiwanie potencjalnej linii wejścia. Do pierwszego ataku szczytowego przystępujemy z wysokości około 5300 m n.p.m. Warunki są wprost idealne. Czyste niebo, lekki wiatr i słońce nastrajają nas pozytywną energią. Musimy się jednak poddać, ze względu na kiepski wybór drogi. Nie mając lornetki, nie byliśmy w stanie dobrze ocenić z dołu warunków na odległej ścianie.

Jakość skały okazała się mizerna, a po kilku godzinach bezowocnego błądzenia w skalnym kuluarze, zdecydowaliśmy o odwrocie ze względów bezpieczeństwa. Krucha skała nie pozwalała na bezpieczną asekurację. Większość czasu oraz energii podczas odwrotu poświęcamy na nerwowe poszukiwanie bezpiecznego miejsca do zjazdu.

Mimo, iż pierwszy atak okazał się klapą, uszczuplając nas o zapasy energii i jedzenia, zdołaliśmy dobrze przyjrzeć się prostopadle biegnącej, sąsiedniej ścianie. Okazała się dużo lepiej ustawiona, pokryta śniegiem i lodem na całej długości. Znaleźliśmy też przesmyk pomiędzy serakami. Zgodnie stwierdzamy, że ta droga daje szansę wejścia bezpośrednio na grań szczytową Dih Sar.

Budzik

Złośliwość rzeczy martwych nie zna granic! Boleśnie przekonujemy się o tym, kiedy przed kolejnym zaplanowanym atakiem, nastawiony na godzinę pierwszą w nocy alarm zdecydował z niewyjaśnionych powodów milczeć.

Jak rażony piorunem budzę się nagle i z rozczarowaniem w głosie melduję Michałowi: „Trzecia trzydzieści, zaspaliśmy!”. Mimo to, wciąż jesteśmy w nie najgorszych humorach, czego dowodzi krótki filmik, w którym drwimy z samych siebie oraz pożeranych przez nas resztek, hucznie okrzykniętych „śniadaniem mistrzów”. Po nim wyruszamy w kierunku naszego celu.

W ścianę wchodzimy zdecydowanie za późno. Warunki podobnie, jak poprzedniego dnia, są jednak tak dobre, że nie pozostaje nic innego, jak przeć ku szczytowi. Wschodnia ściana Dih Sar ma jedną sensowną drogę na szczyt i to tędy decydujemy się wspinać.

Początkowo stok jest połogi. Dopiero po dwóch godzinach zaczyna się spiętrzać, przechodząc w coraz większą stromiznę, w której musimy już asekurować się z użyciem śrub lodowych. Każdy metr w górę odkrywa przed nami coraz ciekawszą, pełniejszą perspektywę na okoliczne szczyty. Z szerokimi uśmiechami na twarzach i ekscytacją w głosie komentujemy otaczające nas krajobrazy. Niestety, im wyżej, tym częściej trafiamy na obszary ściany zbyt długo wystawione na słońce.

Płynna asekuracja

Po kilku godzinach ściana zaczyna dosłownie wypływać spod naszych stanowisk. Znalezienie pewnego miejsca do ich założenia jest coraz trudniejsze, a każda wkręcana w ścianę śruba zaczyna przypominać kran z odkręconą wodą, po czym luźno wychodzi z lodu. Nieprzyjemne wrażenie potęguje dźwięk, przypominający szum niewielkiego wodospadu, dochodzący spod lodowej tafli.

Choć staramy się pokonywać niepewne miejsca w pośpiechu, tempo siada wraz ze zdobywaną wysokością. Ostatecznie zatrzymujemy się na około 5950 m n.p.m., zerkając raz w kierunku coraz wyraźniej widocznej grani szczytowej, raz na zegarek wskazujący zbliżającą się godzinę siedemnastą. Upragniona grań znajduje się dosłownie na wyciągnięcie ręki (jesteśmy ok. 250 metrów pod szczytem), ale wreszcie decydujemy, że rozsądniej będzie zacząć zjazd do podstawy ściany, póki jeszcze towarzyszy nam słońce. Ryzykowanie zejścia nocą w kompletnie nieznanym terenie ze świadomością, że w razie kłopotów nie możemy liczyć na żadną pomoc, byłoby głupotą.

Niestety, na kolejną próbę nie mamy już czasu. Zmuszeni do powrotu, bez zdobytego szczytu i z niedokończoną drogą, którą dumnie nazywamy „Potato Direct”, odczuwamy oczywiście niedosyt. Ale wiemy też, że mamy za sobą jedną z fajniejszych przygód, jakie udało nam się do tej pory przeżyć. Pierwsza wizyta w Pakistanie tylko zaostrza nasz apetyt. Jeszcze nim ruszymy w dół, zgodnie decydujemy – wrócimy!

Tekst: Kuba Bogdański

Zdjęcia: Kuba Bogdański i Michał Ilczuk

Instagram @michalilczuk

Instagram @kuba.bogdansky

Comments are closed.