Pisząc o podróży tak długiej, ciężko cokolwiek wybrać i opisać na dwóch stronach. Jeżeli zacząłbym chociażby wymieniać odwiedzone miejsca, nie starczyłoby kartek. Nie mówiąc już o ludziach, przeżyciach, doświadczeniach, widokach i oczywiście najważniejszej – wspinaczce.
Od naszego powrotu ze Stanów minęło sporo czasu. Opowiadaliśmy o USA i przygodach już wiele razy, raczej nie nudząc innych, a na pewno nie samych siebie. Po czterech miesiącach nieustających, codziennych zmian i ciekawych przygód, w głowie pozostaje wiele do powiedzenia. Nie stało się nic nadzwyczajnego i nie zrobiliśmy czegoś nad wymiar niepospolitego. Ubraliśmy dość standardowy pomysł na Road Tripa w swój własny styl, przy użyciu dostępnych środków. Okazało się, że środków mieliśmy i nabyliśmy całkiem sporo. Mniej ważne, aczkolwiek konieczne – materialne i bardziej wartościowe: doświadczenie, znajomi, rodzina i świeżo napotkani życzliwi ludzie.
Pomysł na wyjazd zrodził się parę lat wcześniej. Pewnie po obejrzeniu jakiegoś romantycznego filmu z amerykańskim samochodem, rozwianymi włosami, mapą i muzyką. Dzień wyjazdu, z przyczyn zawodowych i studenckich, przypadł na połowę października. Mieliśmy nieograniczony czas i brak sprecyzowanych planów. Kupiliśmy bilety powrotne na połowę lutego, bo były tanie. Dopiero po zakupie zorientowaliśmy się, że wyszło z tego cztery miesiące. Czekały nas więc dwie pory roku w USA – krótka jesień i długa zima. Na szczęście Ameryka jest wielka, więc trzymając się południa i pustyń, można nawet w zimie znaleźć trochę lata.
Dobra karma wakacji zaczęła się jeszcze przed wyjazdem. Nasz kolega, któremu kiedyś pomogliśmy w Hiszpanii zaoferował nam swoje auto z całym pakietem startowym (łóżko, kuchnia, sprzęt, narzędzia, karta kredytowa). Malutka Toyota VAN z 1987 roku służyła nam wyśmienicie na pustynnych bezdrożach i zaśnieżonych przełęczach. Przejechała bez większych awarii 16 tysięcy kilometrów i chroniła przed zwierzyną, deszczem i zimnem przez niezliczoną ilość nocy.
Podczas tak długo trwających wakacji, każdy zaoszczędzony dolar robi różnicę. Wydając dziennie dodatkowe dwa dolary, o co w zachodnim świecie nie ciężko, trzeba dołożyć do budżetu tysiaka. Chcąc codziennie spać w najtańszych motelach, dwadzieścia tysięcy pochłoną same noclegi. Nie było innej możliwości niż mocne oszczędzanie, choć nieraz popuszczaliśmy pasa, płacąc głównie za atrakcje turystyczne i dobre jedzenie. Przy tak długim wyjeździe podczas planowania wydatków fakt, że normalne życie w domu (Krakowie) też kosztuje, zaczyna mieć duże znaczenie. Mieliśmy możliwość odcięcia się całkowicie od kosztów stałych. Pieniądze w ten sposób ‘zaoszczędzone’ mogą wystarczyć na wiele. Zamiast nie pracować i siedzieć bezczynnie w domu, można spakować walizki, wynająć swoje mieszkanie i ruszyć w podróż dookoła świata. Okaże się, że wcale nie wydamy wiele więcej pieniędzy. Mimo usilnych starań przepuściliśmy w USA równowartość całkiem ładnego nowego samochodu. Głównie dlatego, że nie mogliśmy usiedzieć zbyt długo w jednym miejscu, a kraj ten jest taki ogromny.
Odwiedziliśmy dwadzieścia jeden stanów. Przejechaliśmy samochodami dwadzieścia cztery tysiące kilometrów. Pierwotnie zaplanowaną trasę przyspieszyliśmy trzema lotami, tym samym oszczędzając sobie kolejne dziesięć tysięcy kilometrów po lądzie. Odwiedziliśmy oba wybrzeża, a z uwagi na zimową porę, głównie na południu. Czuliśmy się nieraz jak bezdomni bez grosza przy duszy. Śpiąc w różnych dziwnych miejscach i łapiąc się na przesadnym oszczędzaniu. Zakosztowaliśmy także amerykańskiego komfortu i sielankowej rodzinnej atmosfery.
Zapłaciliśmy za piętnaście ze stu dwudziestu siedmiu noclegów. Sto piętnaście darmowych nocy spędziliśmy w różnych warunkach i przeróżnych miejscach. Najwięcej w naszej Toyocie. Często totalnie odosobnieni, innym razem odgrodzeni od świata ludzi jedynie karoserią. Jednym razem w cieple na pustyni, a innym razem zasypani śniegiem w środku lasu. Spędziliśmy wspólnie niezliczoną ilość czasu na trzech metrach kwadratowych naszego podróżnego samochodu. Nie była to nasza pierwsza tego typu podróż, ale najdłuższa i najbardziej intensywna. Na takiej wycieczce trzeba bardzo dobrze się dogadywać, bo kiedy małżeństwo jest nieudane, to długa podróż może skończyć się burzliwym rozwodem. Mieliśmy oczywiście okresy milczenia i liczne starcia, ale oboje bardzo miło wspominamy amerykańskie wakacje, podobnie zresztą jak inne, wspólnie spędzone w życiu chwile.
Potyczki partnerskie rozgrywały się kilka razy o wizyty w zbytnio (w moim mniemaniu) turystycznych miejscach. Turystka w USA to ogromny przemysł. Ludzi można spotkać wszędzie i często jest ich za dużo. Psuje to doznania i denerwuje. Podróżowaliśmy w martwym sezonie, co sugerowałoby mniejsze obłożenie miejsc turystycznych, a bywało z tym różnie. O ile możliwe jest ominięcie tłumów, to ciężko nie zapłacić za wstęp. Moje próby manifestu przeciwko płatnej, masowej turystyce zawsze jednak kończyły się podobnie. Zgodziłem się na przesadnie turystyczną wizytę w kanionie Antelope i zobaczyłem najciekawsze formy skalne w życiu. Szkoda, że nie można się tam wspinać. Dałem się przekonać na nietani wjazd na szczyt Empire State Building i poczułem się jak super bohater latający podczas zachodu słońca po Manhattanie. Odwiedziliśmy wiele turystycznych destynacji podczas naszej wycieczki i nie żałujemy. Większość tych miejsc stało się turystyczne z jakiegoś powodu i mimo nieraz odpychającej ilości zwiedzających, po prostu warto je odwiedzić. Warto zachować oczywiście pewien balans i przeznaczyć również czas na mniej popularne przygody.
W dzisiejszych czasach wszystkie cuda natury można obejrzeć nie ruszając się z fotela. Aby poczuć zapach i dotknąć miejsc, należy znaleźć się bliżej. Zatrzymać samochód i przespacerować się przed pójściem do restauracji lub sklepu z pamiątkami. Natomiast poznanie wymaga zaangażowania. Czas jest jednak ograniczony, dlatego turystyka to abstrakt odwiedzanych miejsc. W streszczaniu miejsc pomagają nam przewodniki, a lokalni ludzie przyspieszają cały proces i wprowadzają w tajniki prawdziwych odsłon odwiedzanych przestrzeni. Pewnie bardzo dobrze znasz miasto w którym się wychowałeś, ale czy Ty i odwiedzający je turysta, znacie tak naprawdę to samo miejsce? Warto podczas podróży, zrobić coś więcej, niż pośpieszne zaliczanie punktów na mapie. Dla mnie na przykład wartościowym działaniem jest poznawanie ludzi i kosztowanie ich lokalnego życia.
Udało nam się zachować dobry bilans turystyki oryginalnej do pospolitej. Wspinacze mają łatwiej. Połowę wycieczki byliśmy w rejonach wspinaczkowych, w których nie trudno o nowe znajomości i niekonwencjonalne przygody. Spędzaliśmy z innymi ludźmi dużo czasu rozmawiając o skałach, drogach i przechwytach, ale też o zainteresowaniach, poglądach, krajach i doświadczeniach. Napotkani wspinacze to często również turyści. Ludzi w ich własnym środowisku najczęściej spotykaliśmy w miastach. Zwiedzanie miast stało się również częściowo niekonwencjonalne, głównie dzięki odwiedzanym gospodarzom. Mieli oni zwykłe i swojskie pomysły na spędzenie czasu.
Wspinaczkowo Ameryka jest pełna możliwości. Poza Yosemite i Red River Gorge, odwiedziliśmy rejony nadające się do wspinania głównie zimą. Bardzo dużo jest wspinaczki przygodowej i górskiej, mniej wartego uwagi wspinania sportowego. Zima jest cudownym okresem dla fanatyków małych formacji. Sławne na całym świecie Hueco Tanks i Bishop są zapełnione bulderowcami. Dobre warunki panują też w Joshua Tree i Red Rocks obok Las Vegas. Koniec jesieni to najlepszy okres na Indian Creek. Jeżdżenie pomiędzy tymi rejonami to jak odwiedzanie stolic państw Europy. Trzeba naprawdę się postarać, żeby zaliczyć wszystkie te miejsca podczas jednej pozornie długiej wycieczki.
Cztery miesiące to dużo czasu. Człowiek szybko adaptuje się do panujących warunków i dlatego my szybko zadomowiliśmy się w Stanach. Po niedługim czasie poczuliśmy się jak mieszkańcy Ameryki. Łatwo podróżuje się i żyje w USA, bo Europejczycy są częścią tego zachodniego świata. Można za wielką wodą mieszkać, można tu podróżować i można też tu wracać. Ameryka jest dostępna kulturowo, odległościowo i również cenowo. Mamy wiele miejsc, w które chcielibyśmy wrócić i wiele które chcielibyśmy jeszcze zobaczyć.
Wspominając uśmiecham się. Stany czekają na nas. Tak samo jak wiele innych miejsc na świecie. Warto wyjeżdżać, a jeszcze lepiej wracać, bo powrót do domu, to ważny moment podróży. Powinien być jej sensem i głównym celem zarazem.
Piotr Bunsch