Wspinanie jest aktywnością dającą wielki wachlarz możliwości. Niesamowite jest, jaką można przejść drogę ewolucji – od wspinacza sportowego, po trudne przejścia skalne, aż po górskie wielowyciągówki i ich przejścia solo.

Idea wspinania samotnego dojrzewała u mnie dosyć długo. Skały znajdujące się na Jurze stanowią doskonały poligon treningowy. To właśnie tutaj jeździłem samotnie na trudne drogi i projekty, patentując je na wędkę do stopnia 9a włącznie. Pojawiła się więc myśl, czemu nie spróbować tego samego w górach? W ten sposób z górną asekuracją przeszedłem najtrudniejszą drogę w Tatrach – Coronę 11-. Tamten dzień był dniem zupełnie wyjątkowym. Niesamowita przestrzeń, cisza zakłócana tylko przez smagający po twarzy wiatr daje ten moment, w którym można się zatrzymać i delektować otaczającym pięknem. Brak ludzi dawał wrażenie, że cała ściana należy tylko i wyłączne do mnie. Dlatego podjąłem decyzję by spróbować przejść samotnie drogę wielowyciągową i zanurzyć się w tym świecie. Wspinaczka z partnerem nie daje aż tak intensywnych doznań, jak ta solowa.

fot. Piotrek Deska

Tortur znajduje się na trasie przelotowej w Dolomity. Zlokalizować ją można w paśmie Hochschwab – Gruppe. Jest stosunkowo krótka (300m), posiada stanowiska ze spitów, ale jest jednocześnie bardzo trudna technicznie. Jest to wyzwanie dające dużo motywacji do działania. Całą wiosnę ćwiczyłem na skałkach techniki i potrzebne patenty do poruszania się w tym stylu. Po pokonaniu kilkudziesięciu dróg i sprawdzeniu, że można odpadać i w zasadzie nic się nie dzieje, poczułem, że jestem odpowiednio przygotowany.

Najtrudniejsze w prowadzeniu solo jest zaprzyjaźnienie się z samym sobą. Cały wysiłek – zarówno fizyczny, jak i psychiczny – spoczywa na barkach tylko jednej osoby. Nie można podzielić się wątpliwościami, czy dostać od drugiej osoby słowa otuchy. Możemy dostać odpowiedź czy faktycznie akceptujemy własną osobę czy jesteśmy w stanie sami ze sobą współpracować. W codziennym życiu jesteśmy stymulowani zbyt dużą ilością bodźców, by móc się tego dowiedzieć…

Wspinałem się używając zmodyfikowane gri-gri. Musi być ono usytuowane w pozycji pionowej by nie blokowało się przy podawaniu liny. Odmierzoną długość liny przywiązujemy węzłami do uprzęży za pomocą kilku zwojów, które tworzą pętle, zazwyczaj ok. 6-7 sztuk. Początek liny wpinamy na sztywno do stanowiska i się wspinamy. Po przejściu wyciągu wpinamy linę w kolejny stan, zjeżdżamy zbierając po drodze wszystkie przeloty i podchodzimy za pomocą przyrządów. Jeden wyciąg przechodzimy 3 razy – pierwszy normalnie wspinając, drugi zjeżdżając, trzeci małpując.

fot. Piotrek Deska

We wspinaczce solo trzeba jednocześnie być asekurantem i wspinaczem. Dlatego przed trudnym miejscem należy wydać odpowiednią ilość luzu, aby dało się dojść do kolejnego resta. Trzeba kontrolować węzły trzymające zwoje, by nagle w cruxie takowy nie wszedł w przyrząd i nas nie ściągnął. Gdy znajdziemy pozycje odpoczynkową, musimy nie tylko koncentrować się na najbliższych przechwytach, ale także ułożyć asekuracje tak, aby nie przeszkadzała na kolejnych metrach.

Najtrudniejsze w całym projekcie było przejście drogi od dołu w stylu AF. Przedarcie się przez wszystkie wyciągi pochłonęło aż 3 dni. Samo prowadzenie klasyczne poszło dość sprawnie. Największą barierą jest południowo – zachodnia wystawa, co powoduje, że cień zanika wraz z południem. Trzeba się śpieszyć, by kluczowe wyciągi pokonać po wychłodzonej po nocy skale. Tego dnia spadam jedynie na najtrudniejszym wyciągu. Nieudana próba jest o tyle ważna, że odciąża mnie psychicznie. Wiem, że potencjalne loty nie są niebezpieczne. Przy kolejnym podejściu wszystko przebiega idealnie i górne, łatwiejsze wyciągi stają przede mną otworem. Choć słońce przypieka skórę niemiłosiernie, to jednak głowa wie, że musi się udać. Strach i wielka niewiadoma towarzysząca przez cały okres przygotowań zastępuje teraz szczęście, że w tym „nowym świecie” jest także miejsce dla mnie.

Łukasz Dudek, Salewa Team

Comments are closed.