Jeśli masz szczęście, możesz je zobaczyć przez okno. Góry płaskie jak stoły. Potem samolot ląduje i widać już tylko ich zbocza. Bezchmurne niebo jest największym prezentem dla pasażerów, którzy kończą swą podróż na najbardziej wysuniętym na północ lotnisku świata.

Magda stała wśród grupy ludzi w niewielkiej hali portu lotniczego Longyearbyen. Nie widziałyśmy się, od kiedy cztery lata temu przyjechała tu, na Svalbard.

Jedziemy jej Toyotą Corollą. – Nie przejmuj się pasami. Pogryzł je pies poprzedniej właścicielki i to w dniu, kiedy kupowałam to auto. Skleiła je na szybko taśmą i tak zostało. Mamy tu tylko pięćdziesiąt kilometrów dróg, ale auto często się przydaje. Kupiłam je, kiedy pomagałam w trenowaniu psów. Rower nie jest dla mnie najlepszym rozwiązaniem, bo musiałabym jeździć z bronią pod pachą.

– Z bronią?

– Wszędzie poza miastem musisz chodzić z bronią. Na wypadek spotkania niedźwiedzia polarnego. Na tym odcinku, od lotniska do miasta, też powinnaś mieć giwerę. Niedźwiedzie faktycznie czasem podchodzą blisko miasta. Nie zdarza się to często, ale jednak się zdarza. Ja mam swojego Mausera. Kupiłam przez Facebooka od profesora geologii, który właśnie się wyprowadzał. To była najtańsza opcja, niestety swoje waży. Ale broń daje swobodę chodzenia na wycieczki. Przez te parę lat widziałam kilka niedźwiedzi, raz byłam nawet kilkadziesiąt metrów od jednego z nich.

Mieszkanie Magdy to cząstka szeregowego, dwupiętrowego budynku. Z okna w klatce obok zwisają cztery martwe białe ptaki. – To pardwy. Kruszeją. Do niedawna przy domach wisiały też renifery.

Ciśniemy się w niewielkiej kuchni. Magda wpycha skórkę z awokado do odpływu. – Teraz patrz – mówi i wciska przycisk obok kranu. Spod zlewu rozlega się okropny hałas. – Wszystko, co organiczne, mielimy. Za chwilę wypłynie w fiordzie. Podczas odpływu widać rurę, która odprowadza do morza te odpady. Ścieki też, a nie ma tu żadnej oczyszczalni. Nie polecam morskich kąpieli.

Magda Wutkowska jest mikrobiolożką polarną. Właśnie kończy doktorat i czteroletni kontrakt w departamencie Biologii Arktycznej w Centrum Uniwersyteckim na Svalbardzie (UNIS). Ma na swoim koncie sześć nocy polarnych.

 

– Pierwsza była szaleństwem. Mózg zupełnie nie wiedział, co się dzieje. Miałam wtedy dość nieregularny tryb życia i to był chyba główny problem. Czasami podczas jednej doby spałam pięć godzin, czasami siedemnaście. Ale do tej nocy da się przyzwyczaić. Dużo ludzi korzysta z technologii. Są lampy, które emitują światło podobne do słonecznego i powoli się zapalają. To zdecydowanie ułatwia wstawanie.

Wychodzimy na piwo do knajpy. Znam norweskie ceny alkoholu, ale to mój pierwszy dzień na Svalbardzie, więc można zaszaleć.

– Nie masz się czym martwić, cały Svalbard jest strefą bezcłową. Alkohol, papierosy, ubrania – wszystko jest tu tańsze niż w reszcie kraju.

Magda nie zamyka mieszkania.

– Tu nie trzeba. Nie trzeba nosić żadnych kluczy. Nie znam chyba nikogo, kto zamykałby samochód. Mieszkanie zamykam, kiedy jestem w środku i jest sobota wieczór. W moim budynku wszystkie drzwi wyglądają tak samo i zdarzało się, że ktoś po imprezie wbijał do cudzego mieszkania.

Przed domem Magda wskazuje na górę po drugiej stronie Longyearbyen.

– Tam jest pomnik Ninavarden, nazwany imieniem dziewczyny, którą zjadł niedźwiedź. W latach 90. dwie przyjaciółki poszły na przechadzkę na płaskowyż ponad miastem. Nie wzięły ze sobą broni. Nieszczęśliwie spotkały niedźwiedzia. Jedna z nich zginęła na miejscu, druga skoczyła ze stromej skały w stronę miasta. Była w bardzo ciężkim stanie, kości połamane w wielu miejscach, ale przeżyła.

Bar Kroa leży przy głównej ulicy handlowej. Wystrój drewniany, w stylu traperskiej chaty. Zamiast obrusów – serwety z foczej skóry. Drewno i ciepłe przytłumione światło sprawiają wrażenie, jakby się było w ogromnej zatłoczonej saunie. Z trudem znajdujemy mały stolik.

– Kiedy robi się ciemno, ludzie albo wychodzą do knajp, albo wchodzą do domów. Zaczyna się czas spotkań ze znajomymi i dziergania skarpet. Sporo osób wyjeżdża, na przykład przewodnicy. Część z nich leci wtedy na przeciwną stronę kuli ziemskiej i pracuje na Antarktydzie. Z większością aktywności na zewnątrz czeka się do marca i kwietnia, kiedy wreszcie przychodzi światło.

 

Mimo, że każdy ma tu dobrą czołówkę, raczej nie odchodzi się od miasta w pojedynkę. W tym roku zdarzyła się taka sytuacja: trener psich zaprzęgów jeździł z psami w dolince poza Longyearbyen. Nagle z ciemności wyłonił się niedźwiedź. Czołówka co prawda daje światło na 25-30 metrów, ale to bardzo mała wiązka, nie masz pełnego obrazu. Niedźwiedź był na tyle blisko sań, że facet nie zdążyłby nawet wyjąć broni. Jedyne, co mu przyszło do głowy to sięgnąć po powróz, który miał na saniach. Uderzył nim niedźwiedzia i tym go przestraszył.

W lutym a nawet w styczniu zdarza się, że przez tydzień temperatury są dodatnie i leje deszcz. Ostatnio coraz częściej, ze względu na zmiany klimatyczne. To zjawisko ma nawet swoją naukową nazwę: rain-on-snow event. Tak było, kiedy przyjechałam tu pierwszy raz. W czasie nocy polarnej stopniał cały śnieg. Nie widziałam nawet gór, które były po drugiej stronie fiordu. Wszystko było ciemne.

Później przyszły gwałtowne przymrozki i wszystko pokrył lód. Samochody mają opony z kolcami, a piesi zakładają wtedy na buty nakładki z łańcuchami, albo takie małe kolce, które pozwalają chodzić z łatwością. Tylko wtedy mocno brzęczysz. No i technika na pingwina. W Finlandii uczą jej od małego. Musisz się trochę pochylić, żeby ciężar ciała był z przodu, tak, jak robią pingwiny.

 

– Tutejsze społeczeństwo jest dziwne. Jest kilka osób, które się tu urodziły, ale zazwyczaj robi się wszystko, żeby porody odbywały się na kontynencie, w szpitalu w Tromso. Właściwie wszyscy są napływowi. To jest jedna z tych dziwnych części Arktyki, która nie ma swoich autochtonów. Ja nie poznałam zbyt dużo osób, które od dawna mieszkają na Svalbardzie. Nie mówię po norwesku, nie mogłam się więc przebić do osób, które pamiętają jeszcze czasy świetności kopalni węgla i prawdopodobnie w nich pracowali. Tu jest bardzo duża rotacja ludzi. Myślę że ci, którzy tu mieszkają od dawna, mogą niechętnie otwierać się na nowych, bo przecież oni i tak za chwilę się zmienią.

Jest taki jeden człowiek, Harald Solheim. Niedawno została wydana książka o nim. Spędził na Svalbardzie ponad czterdzieści lat. Był traperem i polował w tradycyjny sposób na różne zwierzęta. Przez większość tego czasu mieszkał sam, w chatce bardzo oddalonej od Longyearbyen i całego tego przepływu ludzi. Niektórym to odpowiada, że wokół jest tylko przyroda.

– Zima ma też swoje dobre strony. Wyobraź sobie pełnię podczas nocy polarnej. Bezchmurne niebo. Jesteś w miejscu oddalonym od cywilizacji i nie widzisz żadnych świateł. Dookoła pełno śniegu. Wyłączasz czołówkę i pomimo tego, że nie widziałaś słońca od dwóch czy trzech miesięcy, a dzień zlewa się z nocą, czujesz jasność. Ta wielka połać śniegu odbija blask księżyca.

Ósmego marca po raz pierwszy pojawia się w mieście słońce. Dosłownie na chwilę. To bardzo fajny dzień, bo wszyscy wychodzą z pracy, ze szkoły i idą na schody starego szpitala. To tam widać pierwsze promienie. Dzieci śpiewają piosenkę o powrocie słońca. Nie ważne, czy znasz norweski, czy nie, bardzo wbija się w głowę.

Zazwyczaj jest wtedy dosyć zimno, koło -20 stopni. Kiedy słońce wyłazi zza gór i przez chwilę możesz poczuć jego ciepło na twarzy, to uczucie, którego nie da się do końca opisać komuś, kto nie wie, czym jest noc polarna. To bardzo dziwne być pozbawionym czegoś, co jest pewnikiem dla większości ludzi na świecie.

Wracamy powoli do domu w świetle latarni. Nagle kilka metrów od nas, w pobliżu małego domku, przebiega lis polarny. Szukał czegoś do jedzenia w mieście. – Ten domek to Bruktikken. Genialna sprawa, która powinna funkcjonować wszędzie na świecie. To odpowiedź na rotację ludzi na Svalbardzie. Kiedy tu przyjeżdżasz, wieziesz z sobą przecież niewiele, a ci, którzy się wyprowadzają, dużo rzeczy muszą zostawić. Wszystko, co nadaje się do użytku, można przynieść tu, a później inni wezmą to za darmo. Ja mam stamtąd całą masę fantów, skompletowałam tak prawie wszystkie naczynia. Inicjatywa jest dofinansowana z funduszu środowiskowego, bo ktoś tu musi być, poukładać wszystkie dary i otworzyć „sklepik” trzy razy w tygodniu.

Jesteśmy już pod domem. Tu wszystko wydaje się takie specyficzne, że pytam Magdę, czego jej będzie najbardziej brakowało, kiedy stąd wyjedzie.

– Beztroski. Tego, że wszystko, czego potrzebujesz na co dzień, jest bardzo blisko. Nie musisz jechać do pracy autobusem. Po prostu idziesz. Ja mam niecałe pół kilometra. Jest jeden sklep spożywczy, więc nie masz niepotrzebnych wyborów, na przykład gdzie iść na zakupy. I jeszcze jedno. Totalnie nikogo tu nie obchodzi, w co jest się ubranym. Nawet w pracy można zdjąć wierzchnie ciuchy i być po prostu w wełnianej bieliźnie. Nikt się temu nie dziwi. Nie wiem, czy znajdę inne takie miejsce na świecie.

Tekst i zdjęcia: Anna Konopacka
Magda Wutkowska – Instagram

Comments are closed.